klik: komu maddy zbyt straszna
M A D E L E I N E R. C L A Y T O N
M A D M A D D Y
51 lat - urodzona 27 kwietnia - zodiakalny byk - emerytowany agent specjalny - wdowa po terroryście - mentorka - konsultant zarządu - kontuzja w kolanie - bez dzieci, bez serca, bez sumienia - niezastąpione kontakty
Gdyby spotkała siebie sprzed dwudziestu lat, zaśmiałaby się jej w twarz. To wcale nie znaczy, że miała cokolwiek do zarzucenia. Stąpała ścieżkami, których młodym wyjadaczom nie przyjdzie nigdy poznać. Spotkała się z tyloma obelgami, że słownik nie pomieściłby tego w jednym tomie. Kiedy zaczynała była młoda, pełna ambicji i nienastawiona na to, co przyjdzie jej robić. Kiedy zaczynała, wrogiem był głównie tylko inny kraj, nie człowiek oraz jego złe intencje. Kiedy zaczynała, nikt nie pomyślałby, że agentką specjalną będzie czarna, cuchnąca nowojorskimi slumsami kobieta. I o to w tym wszystkim chodziło.
Zna od środka FBI, współpracowała z MI6, miała swój epizod z Interpolem. Podejrzana o współudział, kiedy mężczyzna jej życia wysadził pół miasteczka w powietrze. Wytropiła go sama. Zawieszona dyscyplinarnie na rok za znęcanie się nad oskarżonym. Nigdy nie dał jej dzieci, co teraz wyszło wszystkim na dobre. Nie musi patrzeć codziennie na twarze, które przypominałyby tego skurwiela.
Podręcznikowy brak sumienia, wypranego przez lata stażu i niekończących się misji. Cenna zawodniczka w walce o pozycję w zarządzie. Sama bez należytego wykształcenia nigdy nie objęłaby władzy w agencji, ale jej poparcie może dać stołek każdemu.
Zrezygnowała ze służby po kontuzji, która przyprawiła ją o nawracający ból w kolanie. Utykająca, marudząca, wierząca, że prawo nigdy nie będzie do końca sprawiedliwe. Wychowana przez ciężko pracujących rodziców, którzy zasłużyli na spokojny odpoczynek w odosobnionym miejscu.
Sąsiad, który odważył się molestować ją jako dziewczynkę zginął dwadzieścia lat temu zrzucony z dachu swojego bloku. Osobiście zadbała, by dowodów nigdy nie znaleziono. Nikt po nim nie płakał.
Zwolenniczka starych metod szpiegowskich ze sceptycznym podejściem do każdego nowego przepisu. Złośliwi mówią, że więcej żyć odebrała niż ocaliła. Nigdy nie liczyła, czy to prawda. Bała się, a potem już przyzwyczaiła do słodkiej niewiedzy. Swoją drogą, kto by za tym nadążył.
Ktoś, kto po tylu latach zleceń przestaje być w czynnej służbie, nie usiądzie nagle bezczynnie w fotelu z kotem i zupką z proszku. Tęskni za momentem, w którym decyduje się o życiu drugiej osoby na celowniku. Tęskni za tą adrenaliną, która towarzyszyła jej z każdym skokiem, pościgiem czy ciosem w twarz. Nie tęskni tylko za czasami, kiedy równość była zaledwie złudzeniem. Przynajmniej teraz jest odrobinę lepiej. Chociaż, jak powtarza po babce, świat dąży do własnej zguby.
Stało się coś dziwnego i bum - nagle druga postać. Jeszcze nigdy nie wymyśliłem nic tak szybko. Zdaję sobie sprawę, że mogą być tego konsekwencje w karcie. Wizerunek - wspaniała Viola Davis, ewidentnie z HTGAWM. Zapraszam do wątków i powiązań. Maddy będzie przeszczęśliwa.
[Za Violę oddam Ci serce, duszę i pudełko czekoladek. Chociaż wydaje mi się, że Twoja kobieta bardziej od czekoladek woli jednak wino. Chcę wątek. Chcę koniecznie. Słodko-kwaśny, gorzki i niepoważny.]
OdpowiedzUsuńQ.A.
[Składam pokłony i podziwiam, bo to wymagająca postać jest! Co nie umniejsza jej świetności. :D]
OdpowiedzUsuń[Szanuję za całokształt i za wiek postaci. Rzadko spotykany w blogosferze.]
OdpowiedzUsuńRutherford
[Jedyna relacja jaka przychodzi mi do głosy to wrogowie ale nie do końca wiem co by zrobić żeby się nimi stali, masz jakieś inne pomysły?]
OdpowiedzUsuńLeon
[Uuuu podoba mi się :D Zaczniesz?? czy ja mam to zrobić?]
OdpowiedzUsuńLeo
[Dzięki za powitanie na blogu, tak właśnie mam zamiar się bawić. Nie wiedziałem, pod którą kartą się odezwać, ale tutaj przykuł moją uwagę wiek postaci jak i cały całokształt. Właśnie tak można wyobrażać sobie agenta z długoletnim doświadczeniem. Odważnie! Chyba nigdy wcześniej nie spotkałem drugiej takiej Maddy ;)]
OdpowiedzUsuńFlorek
[Nie zdarzyło mi się jeszcze prowadzić wątku z postacią kobiecą prowadzoną przez autora. Lub nie byłem tego świadomy. Ale tak jak mówisz, to w zasadzie nie ma żadnego znaczenia.
OdpowiedzUsuńCo do pomysłu, wpadł mi jeden do głowy. Wrzućmy ich w sam środek akcji, w której pod nóż Floriana trafia osoba posiadająca bardzo ważne informacje. Okazuje się, że jest związana bezpośrednio ze sprawą, którą kiedyś osobiście prowadziła Madeleine, więc ta mając możliwość upieczenia dwóch pieczeni na jednym ogniu, podejmie się niekończących się przesłuchań. Świadek wciąż pozostaje pacjentem pod opieką Florka, więc ten prowadzony etyką zawodową nie będzie pozwalał na wielogodzinne maglowanie. Im więcej Maddy się dowie, tym ostrzej będzie podchodzić do informatora i tym bardziej będzie zaostrzać się konflikt pomiędzy nią, a Caulfieldem. Zwłaszcza, że jest dla niej tylko gryzipiórkiem. Pewnie da się to jeszcze dopracować i dodać co nieco. No ale nic nie narzucam, może tobie też wpadnie coś do głowy ;D]
Florek
[Nie wplątując w to żadnych podtekstów - chyba wykorzystam ciebie.]
OdpowiedzUsuńFlorek
Rannych przybywało, a lekarzy terenowych przestano oddzielać od tych pracujących na co dzień w agencji. Liczyła się każda para rąk i każda minuta, która mogła przesądzić o ich sukcesie lub porażce. Ryzyko było wielkie, ponieważ większość personelu medycznego pracowała od wielu godzin i powoli wytracali koncentrację i opanowanie. Chaos nie pomagał, a postacie odziane w białe fartuchy przemykały to tu, to tam niczym rozjuszone duchy. Nie był to czas i miejsce, aby usiąść z założonymi rękami bo na tych rękach spoczywała odpowiedzialność za ludzkie istnienie. Nieważne, czy agenta, świadka czy donosiciela, który na litość zapracował posiadanymi informacjami. Nie im było to osądzać.
OdpowiedzUsuńDean Walker, mężczyzna który trafił pod opiekę Caulfielda, miał wiele szczęścia. Został postrzelony w udo, zupełnie jakby zależało komuś na unieruchomieniu celu. Na tyle nieudolnie, że pocisk ominął tętnicę i utknął w ciele na niewielkiej głębokości, toteż nie wyrządził wielkich szkód. Nim zajęto się w pierwszej kolejności, jeszcze zanim Walker odzyskał w pełni świadomość. Był cały pokaleczony i podrapany. Bełkotliwym głosem, niezrozumiałym i nieskładnym opowiadał o tym, jak w chwili największego zagrożenia usiłował wyskoczyć przez okno i poharatał się odłamkami szkła. Kilka z nich tkwiło ciągle w największej ranie w przedramieniu – prawdopodobnie tą ręką próbował utorować sobie drogę ucieczki. Asystent pomógł mu pozbyć się zakrwawionej koszuli. Część zdjął, część rozciął nożyczkami, aby poszkodowany nie wykonywał gwałtownych ruchów. Nie był w stanie tego zrobić. Florian tymczasem przygotowywał narzędzia, których potrzebował do oczyszczenia rozcięcia.
Nie zauważył otwierających się drzwi, przynajmniej nie od razu. Zaaferowany pracą, która niemal płonęła w jego rękach zignorował postać, której przecież nie powinno tu być. Agenci nie pojawiali się w klinice podczas trwania zabiegów ponieważ marnując czas zarówno lekarzy jak i swój, niczego nie mogli wskórać. Nie był to jednak zwykły agent. Madeleyne Clayton, jak sądził. Postać owiana w agencji nutą legend i fascynacji, którą dzielili między sobą szczególnie młodzi, początkujący pracownicy. Wpatrywała się w Walkera wzrokiem, który wypalał jego wnętrzności na wylot. Ciągle osłabiony, odczuwał coraz większy niepokój. Nie uczestniczyła w tej akcji. O co wobec tego chodziło?
- Kto panią tu… Z resztą nieważne. Przeżyje, ale jest oszołomiony. Proszę wrócić, gdy po zabiegach zostanie odwieziony do innej sali i odpocznie – jeszcze zanim dokończył wypowiadać te słowa wiedział, że agentka bynajmniej nie spełni jego prośby. To nie ten typ człowieka. Co prawda nie miał zamiaru wypychać jej siłą na korytarz, jednak naumyślnie, ostentacyjnie wręcz trącił ją ramieniem, aby przechodząc obok dać do zrozumienia, że ich rozmowa, a także rozmowa ze światkiem dobiegła właśnie końca. Bliżej łóżka Walkera przysunął stołek na którym usiadł i subtelnymi, wprawnymi ruchami począł oczyszczać ranę z drobinek szkła.
Florek
Będąc agentem specjalnym liczyłem się z wieloma niebezpiecznymi akcjami poza granicami naszego kraju. Dlatego gdy powiedziano mi że w Iraku ((wybacz, nic innego nie wpadło mi do głowy)) skradziono broń biologiczną i muszę od razu wyjeżdżać nie byłem nawet zaskoczony. Zaraz po tej wiadomości wróciłem do domu i spakowałem się do torby na kilka kolejnych dni. Ruszyłem na lotnisko skąd samolotem agencji ruszyłem na miejsce. Byłem ciekawy z kim będę współpracował. Moja ekipa została w kraju nadal pracując nad naszą bieżącą sprawą. Kiedy po wyjściu z samolotu zobaczyłem znajomą sylwetkę od razu wiedziałem że to nie będzie łatwe zadanie.
OdpowiedzUsuńLeo
[Powiem ci, że już nawet o tym myślałam, ale nic konkretnego nie przyszło mi jeszcze do głowy :D. Masz coś? W ogóle Timothy dopiero się uczy, więc praca z człowiekiem-legendą byłaby czymś, co mogłoby mu w przyszłości sporo ułatwić.]
OdpowiedzUsuń[Mój Boże, zdecydowanie byłby fajny wątek! Cudownie dobrany wizerunek do postaci, za to Tobie należą się gratulacje (ja za miłe słowa w swoją stronę serdecznie w tym miejscu dziękuję!) i też podziwiam, bo w gruncie rzeczy niełatwa z Maddie postać do prowadzenia: mówię tu o charakterze. :D Powiedz mi, masz jakąś konkretną wizję wątku? Jakieś marzenia co do jej ingerowania w jego działania? :D]
OdpowiedzUsuńErik
[A pewnie, trochę akcji nikomu nie zaszkodzi. Biedny Timbo. Zacznę pewnie jutro. :D]
OdpowiedzUsuń[Jeżu, naprawdę nie wiem co to jest. Nie mogłem wymęczyć nic szczególnego, a zależało mi na odpisie, bo do jutra już tutaj nie zajrzę.]
OdpowiedzUsuńTych dwoje łączyło coś więcej niż bieżące interesy. Zraniony mężczyzna z trudem opierał się pochłaniającej go bezwładności, jakby z całych sił starał się zachować przytomność. Łzawymi oczyma wodził od twarzy lekarza do postaci agentki, której aura wyraźnie go przytłaczała. Nie spodziewał się zastać przy swoim łóżku nikogo prócz personelu medycznego, tymczasem jego droga ponownie skrzyżowała się z drogą niepokonanego wroga sprzed lat. Denerwował się. Świszczący oddech współgrał z niespokojnymi ruchami ciała na tyle gwałtownymi, na ile pozwalało mu obecne położenie. Nie miał żadnego pola manewru. Nie mógł uciec, nie mógł sięgnąć po broń, nie mógł nawet powołać się na fałszywe informacje. Clayton rozszyfrowałaby go w mgnieniu oka, a wtedy nie mógłby liczyć na drobną nawet oznakę litości. Lecz czy w ogóle mógł na nią liczyć?
- Dopóki znajduje się tutaj, pod moją opieką, jest normalnym pacjentem – nie miał imienia i nazwiska, nie miał żadnej przeszłości. Był człowiekiem, któremu należało pomóc bez względu na zbrodnie, jakie plamiły jego ręce. Florian nie chciał wiedzieć o nim nic więcej. Ustosunkowanie się, pozytywne bądź nie, kłóciłoby się z jego etyką pracy, a przecież nic nie zależało teraz od jego oglądu na świat. Wolał uniknąć sytuacji, w której musiałby być świadkiem przesłuchań i wywlekania na wierzch brudów z przeszłości.
- Z całym szacunkiem, ale nie powinno pani tu być. On i tak nie powie nic więcej. Bełkocze w kółko o swojej ucieczce, nie dowiedziałem się od niego niczego więcej. Pani też nie powinna teraz próbować – w ranie nie pozostał już żaden odłamek szyby. Ramię było pozacinane w wielu miejscach, a krawędzie największego skaleczenia postrzępione. Nie mógł zrobić z nią nic więcej. Zdezynfekował ją tylko i owinął świeżym opatrunkiem. Wszystko miało swój specyficzny zapach, który podrażniał nos i gardło. Nikomu nie przywodził na myśl przyjemnych wspomnień.
- Myślę, że czas na panią – asystent krzątał się teraz przy narzędziach użytych podczas zabiegów. Uporządkował stanowisko pracy i pomógł pacjentowi ułożyć się w wygodniejszej pozycji. Caulfield tymczasem otworzył drzwi sali na oścież i dłonią wskazał agentce kierunek, w którym powinna się udać. Z zewnątrz wpłynęło do środka chłodne powietrze, bowiem wzdłuż korytarza otworzono szeroko wszystkie okna. To jednak nie ostudziło wisielczej atmosfery, którą potęgował jawny konflikt interesów. Czy Florian mógł być na tyle naiwny, aby uwierzyć w siłę własnego argumentu?
Florek
[Przepraszam za zwłokę z odpowiedzią, ale obwiniam (żartobliwie!) Ciebie, bo wkręciłam się w How to get away with murder. :D Dobrze, wracając jednak do konkretów (nadal przepraszam, tym razem na serio), to uważam, że powiązanie byłoby super. Generalnie, bardzo podoba mi się idea takiego układu pomiędzy nimi: on potrzebuje kogoś w rodzaju mentora – osoby, którą mógłby obserwować w akcji, uczyć się, a jednocześnie samemu bywać przydatnym – i wydaje mi się, że ktoś taki jak Maddy, byłby do tego idealny.
OdpowiedzUsuńI jasne, wspólne picie zawsze w cenie. Myślę, że szczególnie teraz, gdy Erika ściągnięto po nieudanej misji z Afganistanu, gdzie sobie trochę posiedział w dziwnych kwaterach Talibów i trochę się nad nim poznęcano. Wrócił do kraju, ma porytą psychikę i jest wściekły, że odsuwają go od zadań, dopóki nie wypowie się na ten temat psychiatra, więc obecnie chciałby na pewno spotkać się z kimś, kto go rozumie. Nowinki na pewno jakieś może jej podrzucić w gratisie! :D W sumie, jakby Madeleine chciała go odrobinę postawić do pionu i kazałaby mu się wziąć w garść, to też nie byłoby źle, bo sądzę, że jako jedna z nielicznych ma na niego rzeczywisty wpływ.
Powstaje więc pytanie czy to on ma się do niej o picie dopraszać czy ona, dowiedziawszy się, że wrócił i sobie krzyczy nocami z powodu koszmarów w domu, zadzwoniłaby do niego? Nie chcę Ci wejść z butami w charakter postaci ani nic, więc pytam.]
Erik
[Ok, spokojnie, rozumiem. :D Dobrze, to w takim razie spotkam ich przypadkiem (mniejszym lub większym, ale jednak) w barze. Ale to pewnie jutro albo już nawet pojutrze - nie wiem, jak czas pozwoli, także proszę o cierpliwość. ;)]
OdpowiedzUsuńErik
Tego, przez co przeszedł, nie życzyłby nawet swoim zaciekłym wrogom.
OdpowiedzUsuńOczywiście zdawał sobie sprawę z tego, że amerykańskie służby specjalne, jak choćby te, do których sam należał, nie postępują wcale lepiej, jeśli chodzi o sposoby na wydobycie cennych dla nich informacji z pojmanych osób, ale to, co działo się z nim przez ten cholerny miesiąc – wciąż nie mógł uwierzyć, że to był tylko miesiąc – kiedy tkwił w bazie Talibów w Afganistanie, do którego został wysłany z misją, przechodziło jakiekolwiek pojęcie. Było okrucieństwem w czystej postaci, dowodem na to, że najgorszym, co może spotkać człowieka, jest drugi człowiek – tylko on może doprowadzić do tego, że ktoś zaczyna wątpić w samego siebie, wyrzeka się swoich przekonań, chce śmierci i nagle zaczyna wierzyć, że zasłużył na całe zło, które go spotyka. Tylko inna osoba może kogoś doszczętnie zniszczyć i on, Erik Zane, trzydziestoośmioletni agent specjalny zatrudniony w Centralnej Agencji Wywiadowczej, niemal padł ofiarą takiego właśnie postępowania.
W tym miesiącu rozmaitych tortur – jedna była bardziej wymyślna niż druga i w efekcie nie tylko dorobił się koszmarów, które nie dawały mu spać, ale i mnóstwa blizn po nacinaniu, przypalaniu, polewaniu wrzątkiem, naciąganiu czy wypalaniu oraz plastycznych wspomnień, dzięki którym ilekroć zamykał oczy, przeżywał to wszystko na nowo – najgorsze było jednak to, że Erik doskonale pamiętał ile razy sam wykorzystywał niemoralne praktyki, by podejść jakiegoś człowieka i dowiedzieć się od niego tego, co było dla niego istotne. Ponadto, spędził zdecydowanie zbyt wiele czasu sam na sam z własnymi myślami i skutek tego był opłakany: zdążył wprawić się w przekonanie, że swoim beznadziejnym życiem, w którym ranił wszystkich – szczególnie swoją rodzinę, która mocno ucierpiała na tym, że przedłożył pracę dla obrony kraju ponad nich, tracąc tym samym nie tylko rodziców pod względem silnej relacji, ale i żonę – zasłużył sobie na takie cierpienie. Że to karma – będąca, swoją drogą, okropną suką – postanowiła się o niego upomnieć, a los – ten przewrotny, cholerny los – świetnie się bawi, obserwując jego zmagania. Tyle razy bowiem odtworzył w głowie swoje wszystkie życiowe błędy, że niemożliwym było dojście do innego wniosku – w końcu czegokolwiek by się nie dotknął, ranił ludzi i wykazywał się kompletnym egocentryzmem, stawiając zawsze siebie i swoje cele na pierwszym miejscu. Owszem, w oczach pewnej grupy społeczeństwa uchodził za patriotę i niewątpliwie jego działania miały na celu dobro ojczyzny, ale prawda była taka, że w gruncie rzeczy był niewiele wartym śmieciem, co prowadziło go do prostej konstatacji: nie był godzien tego, by go ratować.
Nie znaczyło to, rzecz jasna, że bronił się w jakikolwiek sposób, gdy przybyła specjalna ekipa mająca go stamtąd wydostać wraz z paroma innymi agentami, ale nie czuł się tak, jakby to było słuszne. Właściwie uważał, że agencja powinna zebrać od niego raport i wysłać go znowu gdzieś daleko, gdzie może i dokonałby żywota, ale przynajmniej nie zawadzałby ani nie sprawiałby problemów. Niestety jednak wykazał się agresją o jeden raz za dużo i z łatwością przypięto mu łatkę cierpiącego na zespół stresu pourazowego, odesłano na przymusowe konsultacje psychiatryczne – o ironio!, do kogoś, kto zdecydowanie nie powinien z nim przebywać w jednym pomieszczeniu – i zmuszono do tego, by zamiast rzucić się w wir pracy i o wszystkim zapomnieć, raz po raz odtwarzał to wszystko w pamięci, powoli wariując.
Nie chciano go jednak słuchać, gdy tłumaczył, że to dla niego niedobre i że musi wrócić do pracy – ciągle słyszał tylko, że musi dostać pozytywną opinię specjalisty, a wiedział, że Kayleigh Stryder mu jej nie wystawi, jeśli nie będzie o tym przekonana: jego była żona była okropną perfekcjonistką i formalistką. Nie pozostało mu więc nic innego niż użalać się nad sobą w barach, pijąc i paląc do upadłego, a od czasu do czasu i zażywając coś, co na wspaniałych kilkadziesiąt minut odrywało go od rzeczywistości – oczywiście w granicach rozsądku, choć nie był pewien na co mu on tak naprawdę.
Nietrudno więc było przewidzieć, gdzie może się czaić wieczorami, tym bardziej, że nie zwykł szlajać się po różnych barach – on miał swoje ulubione miejsce, zaufanego barmana, który w razie czego wsadzał jego tyłek do taksówki i ochroniarzy, którzy pomagali mu uniknąć kłopotów, ilekroć się wdawał w jakieś bijatyki, już od bardzo dawna. Tam zresztą widywał większość swoich znajomych, a, co tu wiele mówić, lubił oglądać znajome gęby. Może nie był duszą towarzystwa i raczej odstraszał od siebie ludzi niż ich przyciągał, ale z paroma osobami dogadywał się całkiem nieźle, jak choćby z obecną konsultantką zarządu, a wcześniejszą agentką specjalną, Madeleine Clayton.
UsuńIch relacja sięgała właściwie głębiej niż jakakolwiek inna, którą nawiązał w pracy, bowiem ta przez długi czas była jego mentorką. Kiedy on zaczynał pracę w agencji, ona była niesamowitą agentką specjalną, od której uczył się właściwie wszystkiego i z perspektywy czasu widział, jak wielkim był szczęściarzem. Choć bowiem ich współpraca była owocna tylko dlatego, że wykazywali częściowo podobne charaktery i Madeleine najwyraźniej dostrzegła w nim coś godnego uwagi, Erik czerpał z tego dosłownie garściami i jeśli mógł teraz mówić o sobie, jako o dobrym w swoim fachu, to zawdzięczał to jej. Żałował więc ogromnie, że w pewnym momencie musiała przejść na emeryturę, ale wiedząc, jak ważne dla niej było pracowanie w terenie, nie przestał się z nią konsultować, sprzedawać jej jakichś ploteczek czy zwyczajnie opowiadać jej o tym, co się dzieje. Przenieśli swoją relację na płaszczyznę przyjacielską i obojgu to pasowało, a co najważniejsze – okazało się, że znają się naprawdę jak łyse konie. Stąd więc Zane'a nie zdziwiło, że któregoś wieczoru po swoim powrocie, gdy siedział przy barze i próbował alkoholem przegnać ze swojej głowy obraz Kayleigh w butelkowej, pięknie przylegającej do jej ciała sukience, zauważył wchodzącą do środka Clayton. Nie było też niczym dziwnym dla niego to, że zauważywszy go, zaczęła się do niego zbliżać, by ostatecznie zatrzymać się tuż przy nim – widzieli się po raz pierwszy, odkąd wrócił z tej nieszczęsnej misji.
— Madeleine – powiedział po prostu, bez żadnych zbędnych powitań oprócz kiwnięcia jej głową, patrząc na nią z mieszaniną ulgi, szacunku, własnego zmęczenia i sympatii do niej. Naprawdę cieszył się, że ją widział. – Czego się napijesz? – zapytał, kiwając ręką na barmana i prosząc ją niemo, by nie patrzyła na jego blizny, tak jak cała reszta ludzi, z którymi się do tej pory spotkał i by nie wyrażała żadnej litości. – Ostrzegam, mam zamiar się dzisiaj upodlić. – Uśmiechnął się smutno i na dowód tego pociągnął łyk ze swojej szklaneczki z brandy. Ta była w jego przypadku dobra na wszystko, a szczególnie na użalanie się nad sobą i zapijanie smutków.
Erik
[No proszę, wyrobiłam się gdzieś pomiędzy jutro, a pojutrze, jeśli brać pod uwagę godziny snu... : D
Jakby coś było nie tak, to pisz. ;)]