Allie Hammond
AKTA - I can't carry the weight of this war - POWIĄZANIA
___________________________________________________________________
Allie mówi zdecydowanie zbyt dużo, choć przecież powinna słuchać, kiwać głową, mruczeć coś pod nosem i nieustannie skrobać w notatniku leżącym na jej kolanach, robiąc przy tym miny, które nie zdradzają zbyt wiele. Tymczasem ona gada, skupiając się przez większą część sesji na sobie, na własnych problemach, rozterkach sercowych, a raczej ich braku, by w ciągu ostatnich dziesięciu minut zadać kilka pytań, które w zaskakujący sposób docierają do sedna problemu goszczącej na kozetce osoby. Tak, ma własny, ciasny kącik z kozetką, gdzie jej pacjentom, powinien rozwiązywać się język. Ma również biurko, którego szafki zapchane są niezliczoną ilością włóczki, z której tworzy czapki, rękawiczki i szaliki dla innych pracowników, a także brudnymi kubkami po kawie, którą pije w zdecydowanie zbyt dużych ilościach. Nieustannie nuci coś pod nosem i wciska zbyt wiele przycisków w windzie, przez co ta niekiedy zatrzymuje się między piętrami, stanowiąc chwilową sensację wśród różnej maści pracowników.
Allie od najmłodszych lat zajmowała się analizowaniem ludzkiej osobowości, a w wieku jedenastu lat odkryła psychoanalizę Freuda, która sprawiła, że inaczej zaczęła postrzegać istotę egzystencji. W wieku piętnastu lat została sierotą, kiedy to jej matka zapiła się na śmierć, po sześciu latach nałogu, jednak to nie przeszkodziło jej w realizacji własnych marzeń. Ukończyła jedną z najlepszych uczelni na świecie, zapisując się w jej historii swoimi wybitnymi osiągnięciami, nie tylko za uniwersytecką ławką. A od kilku miesięcy tkwi w miejscu, o którym nie mówi się głośno, uznając to raczej za pracę charytatywną, bo marna płaca niekiedy nie wystarcza na opłacenie mieszkania.
Allie marzy o przejściu trasy liczącej tysiąc sto mil, zaczynając na pustyni Mojave i kończąc na drugim końcu kraju między Oregonem a Waszyngtonem. Pisze pod pseudonimem psychologiczne książeczki dla dzieci i nigdy nie żałuje ostatnich pieniędzy na zbyt drogą parę butów. Uprawia jogę, niekiedy również w swoim gabinecie i wielokrotnie próbowała przestawić godzinę w zegarkach współpracowników, by nie wiedzieli o jej nieustannym spóźnianiu się do pracy. Klnie zdecydowanie zbyt dużo i niekiedy patrzy z góry na innych, posługując się w rozmowie nieustannie ironią.
Meghan Markle
Cytat: Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet
Cytat: Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet
ahoj, karta to jakaś porażka, ale przez ten upał nie wiem co pisać :<
uwaga. faworyzuję, zmieniam kolejność odpisów, ale każdy zawsze coś dostanie.
uwaga. faworyzuję, zmieniam kolejność odpisów, ale każdy zawsze coś dostanie.

[Po pierwsze, pani na wizerunku jest przepiękna. Świetna uroda, jednocześnie nietypowa. Po drugie, łączy mnie z Allie sympatia do Freuda. Co prawda ja nie wylądowałem z psychologią, ale sentyment zostaje. Nie żebym jakimś ekspertem był. Bardzo fajna karta. Dobrej zabawy na blogu!]
OdpowiedzUsuńGabe D.
[muszę to napisać - nabrałam chęci, aby przebrnąć znów przez garnitury od pierwszego sezonu! a Freud od zawsze kojarzył mi się przede wszystkim ze zboczeńcem - dzięki temu łatwiej było mi zapamiętać o nim co nieco na egzamin ;>
OdpowiedzUsuńnie wiem dlaczego, bardzo przypadają mi do gustu takie... niezorganizowane osóbki, jaką jest Allie. aż chciałoby się ją wytulić. za chwilę muszę odejść od komputera, więc tylko bardzo ładnie się przywitam. jakbyś miała jakiś pomysł na wątek, zapraszam do nas. a jeśli nie, na pewno odezwę się wieczorem.]
Wake
[Też miałem ciut Freuda na studiach, ale na szczęście tyle ciut, że nie zbrzydł mi. Ogólnie gostek miał szalone teorie, ale niektóre ma tak mocne, że się z nimi zgadzam.
OdpowiedzUsuńMam ochotę na wątek, bo przyjaźń z psychologiem przydałaby się komuś tak pokręconemu jak Gabe. :) Psiapsi spasuje. To co, robimy mu wizytę w godzinach pracy, żeby miał od czego się wykręcić?]
Gabe
[Super! Zacznę jak tylko wszamam kolację. :D]
OdpowiedzUsuńGabe
Nieprawdą jest, że Gabe jest złym agentem. Ktoś, to pokusiłby się o ten niesprawiedliwy osąd, zostałby surowo ukarany niemiłym spojrzeniem ze strony najbliższych współpracowników Douglasa, chyba, że ktoś byłby naprawdę szczery i przy tym na niego cięty. Wystarczyło odczytać opinie na jego temat w zasobach ludzkich. Widać było, że jak coś mu się zleci, to się przykłada. A że nie rwie się do rzeczy, które niekoniecznie leżą w jego obowiązkach, ale są do nich zbliżone, to inna sprawa.
OdpowiedzUsuńUrywanie się z miejsca pracy jednak należało do jego codziennych czynności. Miał o tyle wygodną posadę, że mógł sobie wędrować i po całym kraju czy nawet świecie, byleby zdawać raporty. Łaził do hakerów, fotografa, fałszerza, informatyków, zasobów, załatwiał wszystko, czego mógł potrzebować zarząd albo agent specjalny, na którego przecież kiedyś aspirował, ale pewnie gówno z tego wyjdzie, bo sam o siebie mówi, że się po prostu nie nadaje . Chociaż już niejednokrotnie asystował na misji w wielkiej rozróbie i wyszedł z tego cało.
Kiedy już był w budynku, łaził czasem, żeby poodwiedzać osoby, które nie miały go jeszcze ostatecznie dość. Świat dzisiaj nie walił się na łeb na szyję, więc mógł sobie odpuścić ślęczenie za biurkiem.
Tak się złożyło, że przechodził koło gabinetu Allie. Zapukał dwukrotnie, wszedł do środka bez proszenia i zastał puste pomieszczenie. Wyjrzał na korytarz, w prawo, w lewo - nie było jej nigdzie widać.
Stwierdził, że zaskoczy ją i poczeka w środku. Był pewny, że poszła po kolejną kawę, albo ta kolejna kawa wysłała ją znów do kibla. Minęło dziesięć minut, a ona nie wracała.
Mógł zacząć się martwić. Mógł też się poddać i iść sobie w cholerę. Ale nie, stwierdził, że poczeka.
Zasiadł w jej fotelu i wytrzymał prawie czterdzieści minut, oglądając głupie koty na internecie. Miał już wstawać z wygodnego krzesła, kiedy ktoś złapał za klamkę po drugiej stronie.
G.
[ Oooo ale śliczna pani na zdjęciu :3 Fajna postać :D Życzę dużo pomysłów i wątków i w razie chęci zapraszam do siebie :)]
OdpowiedzUsuńJessica B.
[Zasłoniłaś, zasłoniłaś, ale to dlatego, że miałam wcześniejszą datę przy zapisaniu wersji roboczej. Dopiero jak ją zmieniłam, to wskoczyłam przed ciebie ;) Tak więc to niczyja wina, tylko systemu :P I dzięki. Sama kocham książki, a w postaci często wsadzam trochę siebie]
OdpowiedzUsuńAmir Deli
[Wręcz przeciwnie! Loki jest moim naj naj naj! Twoja postać jest strasznie zabawna i jestem bardzo chętna na wątek]
OdpowiedzUsuńLeon
[Wręcz przeciwnie! Loki jest moim naj naj naj! Twoja postać jest strasznie zabawna i jestem bardzo chętna na wątek]
OdpowiedzUsuńLeon
[Może przez wydarzenia z jego przeszłości Leon będzie musiał chodzić co tydzień na wizyty do Allie żeby mogli upewnić się że nie wpływają one na jego prace i zdrowie psychiczne, Dzięki temu mogli by też zostać przyjaciółmi]
OdpowiedzUsuńLeon
[Nie do końca się z tym zgadzam ale jasne, masz tyle czasu ile chcesz]
OdpowiedzUsuńLeon
[ Hhaha no każdy ma swoje fobie xD Co poradzić? Cóż co do wątku... racja kobiety powinny trzymać się razem :D Co do imprezy... Jess to ma raczej słabą głowę. Można by zrobić z nich takie dobre przyjaciółki, które razem po pracy udały się odstresować. Taką relację widzisz? Przepraszam, ale u mnie taki gorąc że ledwo myślę ;__; ]
OdpowiedzUsuńJessica B.
( Hmmm ♥ Tony na flirty jest gotowy zawsze i wszędzie C: Może mój pan będzie przeprowadzał śledztwo w związku z zabójstwem pacjenta Allie? )
OdpowiedzUsuńAnthony
[Co tak oficjalnie, złodziejko wizerunków? (ja chciałam Meghan!) Tutaj Kacprowa. Na mejla nie odpisałam, bo zginęłam gdzieś w akcji. Chodź no.]
OdpowiedzUsuńHehe Louise
[Bardzo dziękuję za miłe słowa!
OdpowiedzUsuń+ hej, jaka ona ładna, damn. I widzę okazję do stworzenia powiązania! Otóż Liam cierpi na zaburzenia obsesyjno-kompulsywne i to jest jednak trochę irytująca przypadłość, więc mógł się - niechętnie - zwierzyć Allie, a ta postanowiła mu pomóc. Od tego mogło się zacząć cokolwiek im wymyślimy.]
Liam
( Abstrakcje są najbardziej emocjonujące C: Jestem jak najbardziej za, Tony mógłby jej rzucać jakimiś dwuznacznymi tekstami czy coś w tym stylu, a ona by go nie rozumiała. Powiedzmy, że ten pacjent mógłby borykać się z dziwnymi myślami, mógł usłyszeć o planowanym ataku terrorystycznym ( czy to nie przesada? xd) albo coś w tym stylu i powiedziałby to Allie, będąc przekonanym, że to jakieś jego omamy. I przypadkowo wepchnąłby ją w niezłe bagno xd z tym ratunkiem jestem jak najbardziej za C: to co, kto zaczyna? )
OdpowiedzUsuńAnthony
[A bardzo chętnie. Ponoć geje są najlepszymi przyjaciółmi kobiet, więc czemu nie. Bardzo chętna na wątek. A nie znają się, czy może już będą mieli jakieś powiązania?]
OdpowiedzUsuńAmir Deli
( Jasne, postaram się niedługo zacząć xd)
OdpowiedzUsuńAnthony
[Przepraszam noooo, zginęłam w akcji. Na swoje usprawiedliwienie dodam, że jeszcze mam sesję, bo studiuję dokładnie to samo co cudowna "Rachel Zane", widoczna na Twoim wizerunku. Szaleństwo. Zastanawiam się nad drugą postacią, bo nie wiem czy dam radę się wczuć w Louise. Oczywiście zrobię chłopa, ale MUSISZ nam wymyślić powiązanie.]
OdpowiedzUsuń[Ona jest taka super i urocza. Zakochałam się w szaliczkach i bardzo pasuje mi taki wątek. Co sądzisz o popsutym samochodzie i pomocy ze strony Artiego?]
OdpowiedzUsuńArthur
[GENIALNE. Zacznę albo dziś, najpóźniej jutro. <3]
OdpowiedzUsuńLiam
[myślę, że wszyscy mają z tym teraz problem. spróbujmy, bardzo możliwe, że wyniknie z tego coś ciekawego ;>]
OdpowiedzUsuńSpędził w biurze więcej czasu, niżby sobie tego życzył. A może właśnie tego było mu trzeba? Przez cały wieczór zupełnie bezwiednie wynajdował sobie zajęcia, które odwlekały jego powrót do domu. Zajęcia zupełnie bezproduktywne. Uporządkował swój laptop, zjadł kilka słodkich przekąsek z automatu. Ubrudził się przy tym, więc spędził dłuższą chwilę w łazience, gdzie usiłował sprać z mankietu plamy po czekoladzie. Kiedy mydło w płynie przestało spełniać swoje zadanie, przepuścił przez niszczarkę kilka listów, które zalegały na parapecie, a których nawet nie otworzył. Wreszcie jednak skończyły mu się pomysły. Wyjrzał przez okno. Ludzi na ulicach było już coraz mniej, a ci którzy jeszcze zostali, uwijali się w dzikim pędzie umykając przed deszczem. Ten siekł po szybach coraz mocniej, a ciche pomruki z oddali zapowiadały zbliżającą się burzę. Poczuł dreszcz przyjemnego podniecenia. Taka pogoda zawsze wprawiała go w trudny do nazwania nastrój.
Kiedy wsiadał do windy, dopijał jeszcze kubek gorzkiej, mocnej kawy. Wybrawszy parter, zmiął wilgotną tekturę w dłoni i kilka kropel ciemnego napoju kapnęło na podłogę. Roztarł je butem, gdy winda zatrzymała się dwa piętra niżej. Jeszcze zanim pojawił się w niej ktokolwiek, Wake’a omiótł zapach delikatnych, kwiatowych perfum. Mimo to nie podniósł wzroku, gdy usłyszał obok siebie stukot obcasów. W zasadzie nie zainteresowało go nic więcej poza przeglądaniem w aparacie zdjęć wykonanych dzisiejszego popołudnia.
Do czasu, bowiem podróż windą zaczęła mu się nienaturalnie dłużyć. Podwinął rękaw, spojrzał najpierw na zegarek, potem na kobietę, która dosiadła do niego kilka chwil wcześniej i poczuł na twarzy silne uderzenie gorąca. Jak zawsze, gdy czegokolwiek od niego oczekiwano.
- No co? – wyrzucił to z siebie bez zastanowienia, jakby zwracał się do znajomego, którego w dodatku nie do końca tolerował. Wtedy to zorientował się, co się właściwie wydarzyło. Winda zatrzymała się pomiędzy piętrami. Za jej oszklonymi drzwiami dostrzec można było jedynie zaciemnione korytarze. Biuro już dawno opustoszało. Utknęli, a wzrok kobiety wywołał u niego nieuzasadnione poczucie winy. Uniósł brwi i w przypływie geniuszu przycisnął kilka kolejnych przycisków w panelu. Poza serią jęków i zgrzytów dźwigu nie przyniosło to żadnego efektu.
Wake
Każdy miał swoje słabości. Nancy od analizy, która teraz poszła na macierzyński, zawsze zawracała Gabrielowi tyłek, opowiadając o swoich ulubionych serialach, jakby miała nadzieję, że inni też zaczną je oglądać. Listonosz, który od lat przychodził do nich z pocztą, zawsze miał słuchawkę w uchu i gdyby mijała go normalna osoba, stwierdziłaby, że do rozmów telefonicznych. Agent wychwyciłby jednak cicho puszczoną Britney Spears, za każdym razem starą, dobrą Britney (no, dobra, może nie aż tak starą i nie aż tak dobrą). Jak właśnie przekonał się Gabe, Allie miała słabość do całkiem ładnych ciuchów. Kiecka wylądowała niedaleko niego, zanim psycholog zdążyła się zorientować, że ma nieproszonego gościa w swoim gabinecie.
OdpowiedzUsuńWłaśnie, a jaką słabość można przypisać Gabe'owi? Nieodpowiednich facetów? Wkradanie się koleżankom do pokoju pod ich nieobecność? Różaną herbatę? Hamburgery z przeróżniastych, często podejrzanych miejsc? Tak, to zdecydowanie definiowało tego człowieka.
- Aha. - Pokiwał głową, ale śmiertelną powagę zachował na trzy sekundy. Potem ryknął śmiechem - na tyle głośnym, że przechodząca kilka pięter niżej pod dziedzińcem grupa szkoleniowców obejrzała się wokół siebie, czego niestety ani Allie ani Gabe nie mogli dostrzec.
Wstał z krzesła, ustępując miejsce na tronie w tym gabinecie prawowitej królowej. Zasiadł na wygodnym fotelu, znanym bardzo dobrze jego tyłkowi, który spędzał tutaj swego czasu zdecydowanie za dużą liczbę minut przeznaczonych na lunch.
- Nie pijam kawy, dobrze o tym wiesz. Nie w takie upały - zwrócił jej uwagę, uśmiechając się delikatnie poprzez uniesienie kącika warg. - Chociaż może i miałbym ochotę na mrożoną. Zrobię sobie na chacie.
Wodził wzrokiem za Allie, która krzątała się po gabinecie, powoli ogarniając się po powrocie ze spaceru. Nie miała zielonego pojęcia ile czasu minęło, odkąd wyszła i że Gabe doskonale wie, że trochę jej się ta podróż po kawę przedłużyła. Stwierdził, że jeszcze może być zabawnie.
Odkąd Gabe przeszedł lekkie załamanie, Allie była osobą, która wyciągnęła do niego pomocną dłoń. Tak, musiała, bo taką miała pracę. Ale musiała odbębnić kilka godzin, a to, że siedziała z nim wieczorami, telefonowała i okazywała zainteresowanie w najgorszym momencie wynikało tylko z jej chęci. Przy niej mógł śmiać się i nie czuć się winnym, że nie rozpacza wystarczająco dużo.
- Fajna ta kiecka - zarzucił. - Obstawiam, że ktoś z budynku ci ją oddał. Do tego z metką. Ale czad. Nieśmigana?
Uniósł zabawnie brew, mierząc ją wzrokiem.
- Sprawdź sobie, czy nie przestawiłem ci czegoś w krześle - dodał, kiedy Allie widocznie siadała. - Siedziałem tutaj dobre czterdzieści minut, musiałem zająć sobie jakoś czas.
Tak, kręcenie się na obrotowym krześle gabinetowym to bardzo dojrzała czynność. I za to mu płacą.
Gabe
Podążał wolnym, pewnym krokiem przez zatłoczoną ulicę miasta. Ludzie, biegający wokół, dla niego nie istnieli, nikogo nie obdarował nawet ukradkowym spojrzeniem. Między jego wargami widniał papieros, otaczał go śmierdzący nikotyną dym, który zapewne przeszkadzał wielu mieszkańcom, ale Anthony z natury nie przejmował się zdaniem obcych ludzi. Wszystko w jego życiu pachnie dymem, popiołem i krwią, więc ten akurat szczegół wydawał się jak najbardziej na miejscu. Miał za zadanie dyskretnie podpytać kilka osób o morderstwo, które miało miejsce w centrum handlowym kilka dni temu. Lubił swoją pracę. Ten dreszczyk emocji, bezsenne noce spędzone na myśleniu, dedukcję, ból głowy, odczuwalny, gdy nic się nie udaje. tak naprawdę, gdyby nie jego posada, całkowicie by się stoczył. Całe noce spędzałby w barach albo klubach ze striptizem, ewentualnie w łóżkach obcych osób, a w dzień odsypiałby te szaleństwa i tak toczyło by się jego nędzne życie. Ominął jakąś kłócącą się parę. Darli się tak głośno, że zapewne słyszano ich na drugim końcu miasta. Po głosie dziewczyny mógł stwierdzić, że zaraz wybuchnie płaczem. Związki. Żałosne. Anthony nie rozumiał, po co ludzie się schodzą, po co biorą ślub, po co tak ochoczo zakładają sobie kajdanki, które i tak prędzej czy później zostaną zerwane. Błędne koło. Sam jednak popełniał kiedyś takie gafy, więc milczał. Lepiej, żeby każdy poczuł to na własnej skórze. Kiedy stanął przed szklanymi drzwiami wywalił peta do kosza, poprawił dżinsową kurtkę, wkraczając do budynku. Na jego twarz wpłynął z pozoru uprzejmy uśmiech, a złote spojrzenie prześlizgnęło po otoczeniu bez cienia zainteresowania.
OdpowiedzUsuń- Przepraszam - zaczepił jakąś kobietę w ołówkowej spódnicy. Jego głos był słodki jak miód, mina z pozoru zawstydzona, a brwi uniesione w pozornym zakłopotaniu - Gdzie mogę znaleźć gabinet pani Allie Hammond? - zapytał, trzepocząc długimi rzęsami. Kobieta przełknęła ślinę, przejeżdżając wzrokiem po jego sylwetce, a jej policzki przybrały barwę dojrzałego pomidora. Anthony dobrze wiedział jak wpływał na ludzi i celnie to wykorzystywał.
- Yhm - wydukała, poprawiając jasnego koczka - Gabinet znajduje się na pierwszym piętrze, drugie drzwi po lewo - oznajmiła pewniejszym tonem i wyszczerzyła się jak głupia. Powstrzymał się od przewrócenia oczami.
- Dziękuję - puścił jej oczko i skierował się w wyznaczone miejsce. Od zawsze był dobrym aktorem, co niewątpliwie pomagało mu w pracy. Jako detektyw pracował przecież niejawnie. Kiedy znalazł się przed gabinetem, wyjął notatnik ze swojej kurtki i zapukał grzecznie, czekając na pozwolenie by wejść. Normalnie wparowałby bez żadnych ceregieli, jednak teraz zmuszony był zachować pozory.
Anthony
[Hej! A szkoda tego Hogwartu, szkoda, ale może chociaż tutaj się uda, bo Tim od zaraz potrzebuje psychologa, coby pomógł mu poradzić sobie z tą całą wojenną traumą. Szefostwo mogłoby go do niej pokierować czy coś.
OdpowiedzUsuńA tak w ogóle... w tytule masz kropkę, a tego się nie robi. :D]
Timothy
[No dobra. To tak, mieli jakąś popołudniową sesję, dlatego w wybieranych numerach będzie u niego na pierwszym miejscu. Ogólnie to go niesamowicie wkurzyła, czy coś w tym stylu no i poszedł się zalać. Zadzwoni do niej, wciąż nazywając ją Dylan, bo tak nazywa się kumpel, którego chciał prosić o pomoc. Reszta tak jak opisałaś. :D Tylko tego... musisz zacząć, bo jesteś mi to winna po Hogwarcie!
OdpowiedzUsuńZdarza się przecież! :D]
[Będę dzielnie czekać. :D]
OdpowiedzUsuńW pewnym momencie życie Holdena uległo pewnemu przeobrażeniu i w efekcie - znacznie się skomplikowało. Sam zainteresowany nie mógł jednoznacznie stwierdzić kiedy dokładnie nastąpił przełom. Wszystko z całą pewnością rozpoczęło się od wyprowadzki z domu na studia. Holden z pełną świadomością opuszczał rodzinne gniazdo, wiedząc, że od tej pory będzie w nim jedynie gościem. Był najstarszym z trójki dzieci państwa Rutherford, którzy kontynuując rodziną tradycję wysyłali swe potomstwo na studia prawnicze, by następnie oddelegować je do pracy w zawodzie; dotyczyło to kobiet, albowiem mężczyźni byli niezmiennie politykami. Niemalże wszyscy oprócz Holdena. Wyłamał się ze schematu, bo nie mógł znieść myśli o przewidywalności takiego życia, dosłownie porażała go wizja powtarzania egzystencji swych przodków. Nikt jednak nie twierdził, że Holden Junior przyniósł rodzinie wstyd - działał przecież w szeroko pojmowanej służbie kraju. Jedyną rysą na pozornie idealnej powierzchni był zakaz chwalenia się zawodem pierworodnego syna, co państwo Rutherford musieli przeboleć z godnością.
OdpowiedzUsuńNa studiach Rutherford Jr. poznał swoją przyszłą żonę, która natychmiast podbiła serce nie tylko jego samego, ale również matki i ojca. Była typową przedstawicielką anglosaskiej rasy; dobrze wychowana blondynka, poruszająca się z gracją i piekielnie inteligentna, której wady Holden zaczął dostrzegać, gdy już było za późno na tchórzliwe decyzje. Po roku znajomości oświadczył się jej, a ona go przyjęła, doskonale odgrywając rolę zaskoczonej kochanki. Ślub odbył się z należytą pompą i na tym skończyło się piękno owej relacji. Napięte grafiki obojga absolwentów prawa kilkakrotnie niemalże doprowadziły do rozpadu związku, a kolejne kryzysy zażegnywane były seksem na zgodę. Zarówno Holden jak i Anna zachowywali się mało dojrzale, a małżeństwem byli jedynie na papierze. Mieszkali osobno, a dzieląca ich odległość była do pokonania, jasne, tylko że nikt nie miał na to czasu. Zwłaszcza od czasu, gdy Holden podjął się pracy w CIA.
Wkrótce poznał Allie. Zupełnie zawalony pracą, nigdy nie był w stanie zrezygnować z cechującego go perfekcjonizmu, w związku z czym przy najmniejszej nawet okazji prosił pannę Hammond o pomoc. Z początku sądził, że nie darzyła go zbytnią sympatią i przyjmował taki stan faktyczny za pewnik. Być może wtedy jakiś nieistniejący przycisk w głowie Holdena został naciśnięty i zaczął traktować Allie jako wyzwanie. Zachowywał się jak rażony piorunem, pieprząc weekendowe telefony od żony; był jak szczeniacki szczyl, dokładnie tak, który zabiega o swoją pierwszą miłość. Z początku sądził, że to fizyczność; zaspokojenie się przyniesie ulgę i będzie mógł powrócić do normalności. Taki scenariusz nigdy nie miał miejsca; zaczynało mu zależeć coraz bardziej, tak jak nigdy wcześniej nie zależało mu na Annie. Sam ten fakt doprowadzał go do szału, a myśl o gównie, w jakim się pogrąża nie przerażała go na tyle, by mógł zrezygnować. Chciał stworzyć swoją przyszłość od nowa. Z Allie. Była wszystkim, czym nigdy nie będzie jego żona. W pewnym momencie, gdy ich związek stał się na tyle poważny, zdecydował się na oświadczyny. Owego gestu nie uznawał za błąd sam w sobie; chciał poślubić swoją współpracownicę, prędzej czy później. Pierścionek miał być dowodem na jego niewątpliwe zaangażowanie, którym chciał się posłużyć jako argumentem przy rozstaniu z Anną. Błędem było to, że zwlekał. Czekał na dogodną okazję by móc uporządkować życie na swój własny, dosyć wątpliwej jakości sposób.
Nie mógł działaś spontanicznie, bo wszystko czego pragnął to precyzja. Miał zamiar powiadomić żonę o rozstaniu przy najbliższym spotkaniu, wiedząc, że jest zbyt dumna by błagać go o terapię, cokolwiek, co w jej przekonaniu mogłoby pomóc ich związkowi.
Za późno.
Włosy miał jeszcze wilgotne, gdy zauważył jak bardzo spierdolił wszystko.
Wchodził do salonu własnego mieszkania, zupełnie nieświadomy wydarzeń, które miały miejsce kilkadziesiąt sekund wcześniej. Wciągnął szary t-shirt przez głowę, a jego wzrok napotkał spojrzenie błękitnych oczu Anny, a zaraz potem ciemnych Allie. Okurwapierdolonamać. Kolejne zdarzenia odbywały się zupełnie jak gdyby bez udziału jego woli; Anna skoczyła ku niemu, całując go w usta, niczego nieświadoma. Holden z szeroko otwartymi oczyma nie mógł oderwać wzroku od zdruzgotanej zaistniałą sytuacją Allie. To o nią tutaj chodziło, to ona była grą wartą świeczki. Jego matka zawsze powtarzała, że w naturze nic nie ginie i fakty, które pragnął ukryć przed rzekomo ukochaną kobietą, właśnie wypływały na wierzch. Musiał zrobić coś, by powstrzymać pędzącą w jego kierunku pierdoloną kulę śnieżną.
Usuń- Allie, zaczekaj - wyswobodził się z uścisku żony, świadom, że i z nią będzie musiał odbyć rozmowę, a ta nie będzie należała do najłatwiejszych; był jednak człowiekiem dorosłym i wreszcie musiał wziąć odpowiedzialność za swoje akcje. Zrównał krok z Hammond już w hallu, gdy jej dłoń już spoczywała na klamce. Zaraz za nim pojawiła się Anna, ale wiedział jakie podejmował ryzyko, wypowiadając kolejne słowa.
- Allie, proszę, musimy porozmawiać.
O, doprawdy? Refleksja z opóźnionym zapłonem? Wzrok Holdena był rozbiegany, kursował od jednej kobiety do drugiej, a mózg pracował na przyśpieszonych obrotach. Twarz Anny uległa przerażającej zmianie, bo zaczęła zdawać sobie sprawę, co właściwie za przedstawienie tutaj grano. Kurwa. Mać.
[To samo mogłabym powiedzieć o Allie; jest naprawdę śliczna! Na dodatek Margaret, mająca dwie lewe ręce, chyba mogłaby ją polubić równie mocno, gdyby tak bezinteresownie otrzymała ręcznie tkany szalik dla swojego synka.]
OdpowiedzUsuńMargaret
Właściwie nie był do końca pewien dlaczego się zgodził, skoro wszyscy wiedzieli, że potrafił być nieco upośledzony w kontaktach międzyludzkich, przez co niezamierzone narobienie Allie wstydu było bardziej niż prawdopodobne. Rzecz w tym, że posiadał w agencji naprawdę niewielką ilość zaufanych przyjaciół i odnosił wrażenie, że był to winien doktor Hammond za godziny, które poświęciła na pomaganie mu w tym jakże drobnym oraz nieznaczącym problemie, z jakim musiał się zmagać. Jeśli więc mógł sprawić jej przyjemność samym wbiciem się w garnitur i sączeniem drinków przez kilka godzin od ślubu do końca wesela, to okazałby się okropnym chamem, gdyby postanowił odmówić. Tak, właśnie to było głównym powodem, nie chciał wyjść w jej oczach na gbura, chociaż odnosił wrażenie, że spędziła w jego towarzystwie wystarczającą ilość czasu, by zdążyć wyrobić sobie pewne mniemanie na jego temat i odmowa niekoniecznie by ją zaskoczyła. Poza tym, choć do tego by się raczej otwarcie nie przyznał, nie chciał by wybierała się na zabawę zupełnie sama, pozbawiona partnera, podczas gdy reszta jej znajomych będzie zajmować parkiet przez całą noc w objęciach swoich aktualnych randek. Ostatnim powodem był kompletny brak planów na wieczór, więc zaproponował szarmancko, że podjedzie po Allie o umówionej godzinie, by mogli razem zajechać na salę. Oboje doszli do wniosku, że na ceremonii i tak nikt nie zwróci na nich uwagi, a Liam niespecjalnie przepadał za ślubami, na których wszyscy dookoła płakali oraz robili zdjęcia. Na całe szczęście Hammond postanowiła to uszanować, przez co nie musieli sypać na młodych ryżem ani bić się o miejsca w niewygodnych drewnianych ławkach i mogli swobodnie zajechać pod salę weselną, gdzie czekało już kilka osób, które najwidoczniej również postanowiły opuścić pierwszą część imprezy.
OdpowiedzUsuń– Mówiłaś, że założysz zieloną sukienkę – mruknął, niemal z wyrzutem, gdy wysiedli z samochodu – Krawat mi nie pasuje.
Zanim zdążył dodać coś jeszcze, oboje zmuszeni byli odwrócić się w stronę wejścia, z którego ktoś zaczął niemal wykrzykiwać imię Allie.
– Skarbie, Allie! – zawołała jakaś kobieta, która przeciskała się przez tłum w ich stronę. Gdy znalazła się przed nimi wpierw ucałowała Hammond w oba policzki, a następnie zmierzyła Liama krytycznym wzrokiem, by po chwili uśmiechnąć się zadziornie – Czy to jest ten twój narzeczony?
Sugestywnie uniesiona brew Lyncha była dość wymowna, jednak szybko opanował wyraz twarzy, by nie dać nieznajomej żadnego powodu do podejrzeń. Nie był bowiem głupi, domyślał się już co jego droga przyjaciółka mogła zaplanować, a o czym z jakiegoś niezrozumiałego powodu postanowiła go jednak nie uprzedzać.
– Narzeczony, oczywiście – mówiąc to uśmiechnął się nieznacznie i wyciągnął rękę w stronę kobiety, by się przywitać. Po wymianie niezbędnych uprzejmości Alice, tak się przedstawiła, oddaliła się w bliżej nieokreśloną stronę, a Liam zwrócił się do Allie: – Od jak dawna jesteśmy razem? I to ja dałem ci ten pierścionek? – podniósł jej dłoń, na którym błyszczał wielki, kiczowaty nieco brylant – Mam gest!
Liam
[Nie pozostaje mi nic innego jak tylko podziękować. Jako, że zapoznaję się z każdą kartą, która wpadnie mi w ręce nie powstrzymam się, aby nie skomentować twojej. Zaskakująca postać jak na psychologa. Nie chodzi tu tylko o podejście do pracy, ale i jej charakter. Miła odmiana, bo twoja pani jest zabawna, a nie sztywna, jak na poważnego psychologa, by przystało. Żyje też w swoim świecie, który nie do końca współgra w tym, w którym się znalazła. Na swój sposób to urocze.]
OdpowiedzUsuńRafael Mallet
Normalnie poczułby się nieźle urażony, gdyby ktoś inny zasugerował mu branie narkotyków. Gabe miał swoją szaloną przeszłość. Siedzenie w szafie za nastolatka i na początku wojskowego szkolenia sprowadziło go na złą drogę. Może nie tak bardzo złą, bo nie zataczał się dzień w dzień, ale był okres, kiedy ciężko było znaleźć go zupełnie trzeźwego - zawsze był albo na lekkim kacu (zdarzały się też potężne), albo po przedpołudniowym piwku, albo kompletnie zalanym. Allie o tym wiedziała, bo rozmawiał z nią o tym przy okazji paru sesji, które zafundowali mu przełożeni pół roku temu po załamaniu. Właściwie to nie wiedzieli, o co dokładnie chodzi, ale szkoda im chyba było tracić całkiem niezłego agenta.
OdpowiedzUsuńPicie po imprezach i szlajanie się z nieodpowiednimi osobami rzucił, kiedy zaczęły się poważne szkolenia. Testy sprawności, umysłowe, cała masa rzeczy, przez które przeszedł, a dla normalnego człowieka byłyby zwyczajnie nie do opisania. Nie było czasu na to, żeby spić się i iść z jakąś kobietą do łóżka, żeby tylko nikt z kolegów się nie domyślił. Trzeba było być trzeźwym, sprawnym i pewnym siebie każdego dnia. Dużo go to kosztowało i gdyby znalazł jakiś inny pomysł na życie, pewnie tamtego dnia by się poddał. Na szczęście dla niego i paru innych osób, które w swojej krótkiej karierze uratował, ogarnął się. Pić pił, raz na jakiś czas. Ale po narkotyki w życiu by się sięgnął. Dlatego na ten zarzut Allie nie musiał w ogóle odpowiadać.
- Miałem chwile, to wpadłem - odrzekł automatycznie, bo psycholog zasypała już go masą pytań. Włączyła się w niej nie tylko już przyjaciółka, ale powołanie zawodowe, które nie dawało czasem spokoju Gabe'owi. Czasami ludzie byli skomplikowani i mieli mnóstwo problemów ze sobą, ale nie znaczyło to, że chcieli robić tym kłopot innym. Takie miał nastawienie. Allie była chyba jedną z naprawdę, naprawdę nielicznych osób, które przez jego barierę się przebiły. - Pomyślałem, że ty też masz czas i miałem rację, tylko, że wyszłaś sobie po kieckę.
Zaśmiał się, kiedy zarzuciła o jego delikatności. Poniekąd była to prawda, bo było parę rzeczy, których zwyczajnie nie lubił ot tak - jak na przykład kawa w taką pogodę. O, herbata. Herbaty to by się napił.
- Wiesz, że podchodzi to pod dyskryminację i mógłbym cię zgłosić do zasobów ludzkich, nie? - Słysząc komentarz o wybieraniu bielizny z nią tylko dlatego, że nie ciągnęło go do cycków nie poczuł się urażony. Takie myślenie może i było głupie, ale znał Allie, znał siebie i wiedział, że lepiej żartować z tego, jaki jest, niż insynuować dziwne sytuacje tylko dlatego, że większość taka była. Dziwne myślenie, idealnie pasujące do Douglasa.
- A co jak ci powiem, że nie masz żadnej wizyty za piętnaście minut? - Uniósł podejrzliwie brew, patrząc jak Allie próbuje naprawić swoje krzesło. Wywrócił oczami, machnął ręką i ruszył w jej stronę.
- Dobra, złaś, naprawię ci je.
Gabe
[Bardzo dziękuję za powitanie na blogu. Czcionka faktycznie była nieco większa, ale tak to już jest, jak dodaje się kartę o drugiej w nocy. Już poprawiona.
OdpowiedzUsuńStrach mnie obleciał na samą myśl o wciskaniu wszystkich przycisków w windzie. Przy mojej klaustrofobii taka podróż trwałaby za długo ;) Bardzo sympatyczna, może ciut roztrzepana osóbka z tej Twojej Allie.]
Ailey
Podobno tak wygląda siostrzana czy tam braterska relacja. Podobno, bo Gabe nigdy czegoś takiego nie zaznał. Zastanawiał się kiedyś, czy gdyby jego matka poznała Lyncha wcześniej, jego relacja z przyrodnim bratem wyglądałaby zupełnie inaczej. Pewnie tak. Nie był szczęściarzem, jeśli chodzi o rodzinę. Matka interesowała się nim tylko wtedy, kiedy była na chwilę w kraju, ale to akurat dobrze. Była kochaną kobietą w średnim wieku, która nieustannie przypadkowo robiła siarę Gabe'owi gorszą niż gdy był nastolatkiem. Wszystko przez to, jak bardzo stara się pokazać poparcie dla syna. Do tego stopnia, że każdy facet, z którym młody Douglas zamieni słowo jest potencjalnym zięciem. Prawda jest taka, że to drażni Gabe'a, bo zachowuje sie tak, jakby zupełnie zapomniała o Nim.
OdpowiedzUsuńZ przyrodnimi siostrami to widział się parę razy w życiu i konkretna rozmowa nigdy nie miała miejsca. Chociaż to z Liamem dorastał, i tak miał wrażenie, że lepiej dogadałby się z bliźniaczkami.
Ciekawe, czy gdyby rodziny Douglasa i Lyncha połączyły się wcześniej, Gabe i Liam zachowywaliby się jak normalni, stojący za sobą murem bracia, których relacje (czy może raczej sposób postrzegania starszego przez młodszego) nie zakrawałyby o toksyczne, wstydliwe myśli. Brzmiało to jak zupełnie obce uniwersum.
Dlatego cieszył się, że to, co wszyscy nie będący jedynakami ludzie mieli za sobą, on doświadczał teraz. Mowa oczywiście o takich głupich przepychankach słownych i drażnieniu siebie nawzajem, tylko po to, żeby okazać, jak bardzo lubi się siebie wzajemnie. Lepiej późno niż później, lepiej później, niż wcale.
- No widzisz, a ty dalej plączesz się w zeznaniach - zaśmiał się pod nosem, nachylając pod krzesłem i kombinując coś z pokrętłami. Nie zamierzał nic psuć, wolał już mieć spokój i naprawić jej to oparcie tak, jak wcześniej było. Skoro lubiła siedzieć tak niewygodnie, jej sprawa. - Twierdzisz, że wyszłaś na chwile.
Usiadł na krześle, żeby sprawdzić. Powinno być okej. Poruszył się na nim parokrotnie. Zupełnie niewygodne jak wtedy, kiedy siadał.
- Proszę. - Ustąpił jej miejsca. - A wracając, wiesz, co ja myślę? - Posłał jej ciekawskie spojrzenie, na chwilę robiąc teatralną pauzę. - Myślę, że byłaś w sklepie w godzinach pracy i to nie po jedzenie czy lekarstwo, ale po kieckę. Ha. Nie zapominaj, z kim masz do czynienia, Al.
Posłał jej swój uroczy, niepełny uśmiech, wracając na fotel.
Czy on rzeczywiście coś chciał, że tutaj przyszedł? Nie. Przynajmniej nic konkretnego. Czuł, że po tylu ostatnich przejściach nie może siedzieć za biurkiem i czekać na cokolwiek. Nie miał wiele pracy, o dziwo. Chciał się tym nacieszyć.
Nie powie jej przecież wprost, że przyszedł, bo czuł znowu dziwną pustkę. Od tygodnia chodził przybity. Starał się nie myśleć, dlaczego, chociaż podświadomie wiedział, co każe mu raz zaszywać się pod kocem a innym razem na siłę żartować, jak gdyby wszystko było w porządku.
Tydzień temu świętowaliby kilka miesięcy razem. Ale nikt o tym nie wiedział, przynajmniej nie oficjalnie. Nikt by nie pamiętał. A Allie nie powie, bo raz, zna ją za dobrze, dwa, była psychologiem. A czasami do najbardziej oczywistych osób najtrudniej jej uderzyć.
Uśmiechnął się więc szerzej, podnosząc się z fotela po chwili ciszy.
- Masz rację, zawracam ci głowę - powiedział.
Gabe
On również pragnąłby odmiennej wersji wydarzeń. Cała sytuacja zakrawała na scenę wyjętą żywcem z obyczajowego serialu, a on nie przywykł do zbytniego dramatyzmu, który zresztą źle znosił. W pracy charakteryzował się chirurgiczną precyzją, którą bardzo chętnie przeniósłby również do życia prywatnego, gdyby jeszcze tylko potrafił. Zwykle gdy chodziło o relację z innymi Holdenowi brakowało pewnej systematyki, zacięcia, które pozwalałoby mu na utrzymanie tychże związków trwałymi, zdrowymi, szczęśliwymi. Teraz oddałby naprawdę wiele by zdarzenia, które miały miejsce były jedynie wytworami jego przemęczonej wyobraźni. Równie mocno, a może mocniej niż Allie pragnął by to okazało się chorym dowcipem, ale nawet on, urodzony egoista, nie mógł żywić takich oczekiwań. To on przecież doprowadził do tych wypadków. Gdyby tylko mógł zamknąć oczy na kilkanaście sekund, otworzyć je i znaleźć się w równoległej rzeczywistości, gdzie spędza z Allie jeden z typowych dla nich wieczorów. Cóż. Wyglądało na to, że musiał wypić naważonego przez siebie piwa i to jak najszybciej. Była rzecz, która raziła Rutherforda najbardziej, wręcz sprawiała mu fizyczny ból. Myśl, że Allie zmieni o nim zdanie na tak beznadziejne. Nie kierowały nim skrajnie złe pobudki; nie rajcowało go posiadanie dwóch kobiet jednocześnie, nie był z Hammond tylko dla seksu. Wiązał z nią przyszłość i uwzględniał w każdych, najmniejszych nawet planach dotyczących przyszłości. Uważał, że poznali się w złym czasie, a on za wszelką cenę chciał z nią być, nie bacząc na konsekwencje, koszta i krzywdę wyrządzaną innym ludziom. Ona o tych szczegółach nie miała pojęcia i mógł to teraz swobodnie odczytywać z jej twarzy, co przyprawiało go o niemy atak szału i frustracji. Zawsze opanowany, w rzeczywistości jednakże bardzo prędko tracił nad sobą kontrolę.
OdpowiedzUsuńNajwidoczniej nie on jeden. Musiał być skończonym idiotą jeśli spodziewał się, że Allie zareaguje inaczej. Widział wyraźnie jak walczyła z samą sobą, z jego powodu. Zielone spojrzenie oczu Holdena wreszcie skupiło się na młodszej z kobiet. Obserwował ją uważnie, a słowa Hammond docierały jego uszu z niejakim opóźnieniem. Jednocześnie jego mięśnie stężały w napięciu, bo wiedział, że i Anna wreszcie zabierze głos.
- Holden? - nie mylił się; chłód w głosie jego żony mógł porazić każdego, kto stanąłby jej na drodze. Była zbyt dobrze wychowana by kłócić się przy innych ludziach, wyznawała swój własny kodeks poprawnego postępowania. To wypowiedzenie jego imienia zapewne w jej mniemaniu miało stanowić wezwanie go do porządku, złożenia wyjaśnień, których wymagała od swych klientów. Rutherford odwrócił się ze zniecierpliwieniem w kierunku Anny, życząc sobie jedynie by zniknęła teraz z pola widzenia.
- To sprawa pomiędzy mną i Allie, więc jeśli pozwolisz chciałbym z nią porozmawiać na osobności - uprzejmość w głosie Holdena była do bólu obłudna i nikt o zdrowym rozsądku nie dałby się na to nabrać - Nie znoszę niezapowiedzianych wizyt, zwłaszcza w czasach, gdy nasze małżeństwo jest jedynie wspomnieniem z przeszłości. Dlatego zachowa trochę godności i wyjdź - ulga jaką poczuł z wypowiedzeniem tych słów była niewysłowiona. Wiedział, że ostatnia uwaga była najtrafniejszą. Duma Anny nie pozwoli jej na pozostanie w tym mieszkaniu, ale to nie znaczy, że da mu spokój. Z tłukącym się o żebra sercem, zupełnie jak po wysiłku fizycznym, obserwował jak jego żona zbliża się do drzwi, wymijając Allie i posyłając jej nienawistne spojrzenie. Hammond musiała przesunąć się jedynie by wypuścić Annę i Holden był jej wdzięczny za tę odrobinę wysiłku.
- Proszę, zostań.
Było mu naprawdę ciężko, gdy nie miał na co zrzucić winy za swoje patologiczne wybory. Wychowywał się w kompletnej, można powiedzieć, że szczęśliwej rodzinie, gdzie na równi z wykształceniem i życiowym sukcesem stawiano miłość i szacunek wobec drugiego człowieka; jasne, zdarzały się brudne zagrywki, ale trudno było ich uniknąć, od wieków nasiąkając polityką, której takie zachowania wydawały się być nierozłącznym elementem. W małżeństwie rodziców Holdena nie brakowało rys, ale zarówno ojciec i matka byli gorącymi zwolennikami rozwiązywania konfliktów w sposób wysoce cywilizowany - rozmową, naprostowaniem błędów, szczerością i otwartością w sprawie tego, co komuś nie pasuje. John, młodszy brat detektywa, oświadczył się stosunkowo niedawno swej wieloletniej dziewczynie i nic w jego zachowaniu nie wskazywało by chociaż w niewielkim stopniu cechował się skrzywieniem, które było charakterystyczne dla jego brata. Josephine, najmłodsza z trójki Rutherfordów wiodła na razie życie swobodnej i zakochującej się co rusz panny, której sprzyjały warunki pracy w jednej z topowych nowojorskich kancelarii. Wszyscy wydawali się wieść zdrowy, odpowiedzialny żywot.
OdpowiedzUsuńOprócz niego.
Nie potrafił nigdy zrozumieć własnych błędów, a przecież był człowiekiem inteligentnym. Do momentu wytknięcia własnych potknięć przez kogoś z zewnątrz, jego własne postępowanie wydawało mu się być słuszne. Dotyczyło to oczywiście jedynie życia prywatnego, bo w pracy nie pozwalał sobie na najmniejsze z dopuszczalnych pomyłek. Skupiał się na każdej sprawie, zaniedbując wszystko dookoła. Odwołując się do wszystkich swych źródeł i kontaktów, prowadził do jak najszybszego rozwiązania, zarywając noce, które zawsze smakowały dla niego kawą z agencyjnego automatu. Uwielbiał swoją robotę i zasłużone pochwały, które zbierał; odrobina logicznego myślenia i przede wszystkim research - to były mocne strony Holdena Rutherforda. Miłość, ciepło i działanie fair względem drugiej osoby - strony najsłabsze. Nie widział swych pomyłek i za każdym razem w pamięci stawał mu obraz jednej z kolacji w domu rodzinnym, gdy po raz pierwszy zabrał tam Annę. Powiedział coś nie tak, ale gotów wierzyć w słuszność własnych racji, nie ruszył się z krzesła, gdy przyszła panna młoda wstała od stołu, po krótkiej potyczce słownej. Dopiero argumentacja matki, przeprowadzona podniesionym i zniecierpliwionym głosem podniosła go z miejsca. Może to brak czasu. Tak, to brak czasu na właściwie życie prywatne, gdzie bilans nauki, pracy i wypoczynku byłby zdrowy, musiał być przyczyną pokręconego zachowania Holdena.
Anna opuściła mieszkanie ze stosunkowo wysoko uniesioną głową, a on mógł przewidzieć jej kolejne ruchy w tej grze. Znał ją zbyt dobrze, a ona jego. Była zbyt inteligentna i bystra; resztę historii dopowie sobie sama, więc przynajmniej oszczędzi mu tego wysiłku. Wróci do hotelu, przełykając resztki własnej zdeptanej godności i wykręci numer telefonu, który rozdzwoni się gdzieś na obrzeżach Waszyngtonu. Zadzwoni do jego, a nie swoich rodziców. Dziecinnie prosta łamigłówka. Teraz jednak Holden o to nie dbał; ani o nadchodzącą konfrontację z nią samą, ani ze swoimi rodzicami. Miał jeszcze większy burdel do posprzątania, ale w momencie odejścia Anny, poczuł się kurewsko znużony. Do tego prawa jednak nie miał.
- Możemy porozmawiać na spokojnie? To jest dosyć skomplikowana sytuacja i jeśli tylko mi pozwolisz, wszystko wyjaśnię, co powinienem był zrobić już dawno temu - oznajmił bystrze, przynajmniej dochodząc do takiej, zaskakującej konkluzji. Może nie było do końca tak źle z jego moralnym kręgosłupem. Spojrzenie jego zielonych oczu nieco złagodniało, ale wciąż czuł jak adrenalina krąży w jego żyłach. Całkiem pojebana sytuacja. Holden wskazał dłonią salon apartamentu, licząc, że Allie się zgodzi. W tym momencie to było jedyne co miał.
- Dobrze wiesz, że zależy mi na Tobie, bo jeśli byłoby przeciwnie to nie stałbym teraz w tym miejscu z Tobą, tylko z nią - dla Holdena była to zupełna oczywistość, której ryzyka wypowiedzenia się podjął, jednocześnie zdając sobie sprawę, że zapewne nie były to słowa jakie w tym momencie chciałaby usłyszeć Allie. Poczuł się tak głęboko znużony, przede wszystkim samym sobą, że nie stać go było w tej chwili na jakieś wielkie słowa, deklaracje i gesty. Nigdy zresztą nie był takim typem mężczyzny. Pozwolił sobie jedynie na odrobinę nadziei w spojrzeniu.
Usuń[Aż takiego komplementu to się nie spodziewałem, zwłaszcza że pan wymyślony trochę na poczekaniu. Są wakacje, a ciągle wisi nade mną widmo uczelni. Freud bardzo źle kojarzy mi się z łysym wykładowcą, a sam jeszcze nadałem postaci imię po socjologu, przez którego książki nie mogłem przebrnąć przed egzaminem ;D
OdpowiedzUsuńJedziemy z jakimś wątkiem?]
Florek
Nie tylko Allie odczuła zadowolenie, gdy Anna opuściła mieszkanie. Przede wszystkim odciążony był Holden, ale wiedział, że jest to jedynie chwilowe rozwiązanie. Wyrok odroczono na czas nieokreślony - nie istniała opcja, że zostanie mu to odpuszczone. Rutherford zdawał sobie sprawę, że poniesie wysoką cenę za swój wybryk, zarówno na obu frontach. Nie był na to gotowy. W przypadku ziszczenia się scenariusza, w którym dostałby rozwód od Anny, tak czy siak ona dołożyłaby wszelkich starań, by popamiętał uczynioną jej zniewagę. Intercyza intercyzą, ale takie kobiety zawsze znajdowały sposoby by się odegrać. Pewnie dlatego Holden głęboko w podświadomości nimi gardził.
OdpowiedzUsuńNawet jeżeli miał jakąkolwiek przewagę nad Hammond w tej sytuacji to nie zdawał sobie z tego faktu sprawy, a gdyby było przeciwnie - nie wykorzystałby tego. Nie było teraz czasu na gierki, które umocniłyby go w domniemanej pozycji lidera. Nadeszła pora na szczerość i Rutherford musiał wziąć się na odwagę. On właśnie czuł, że jest na stanowisku przegranego. Każdy argument, który wysunie będzie kwestionowany i Allie miała pełne prawo by nie dawać wiary jego słowom. Prawda będzie dla niej bolesna i to jeszcze bardziej pogorszy sprawę. Patowy przypadek.
Holden ruszył do salonu za kobietą, gdzie zajął miejsce na jednej z dwóch kanap. Wrodzona, idiotyczna duma nie pozwalała mu okazywać jaki był wdzięczny za czas, który jednak zdecydowała mu się poświęcić. Allie mogła przecież zdecydować się na inne rozwiązanie; wyjść, zamknąć za sobą drzwi, spalić wszelkie dotychczasowe mosty, które ich łączyły. Holden liczył się z trudnościami jakie napotka, próbując sformułować całe to gówno w słowa, podając dziewczynie na tacy wszystko, co przed nią zataił. Dlatego poczuł ulgę, że zabrała głos po raz kolejny.
- Nie było żadnych innych - odpowiedział natychmiast, tym razem nie odwołując się do sztuki łgania; mogła mu uwierzyć, albo też nie, mówił prawdę. Zaskoczyła go natomiast kolejna uwaga, która wydała się dla Rutherforda dwuznaczną - Skąd wiesz, że w CIA jest wiele takich typów? - musiał, musiał dać upust swej hipokryzji, ale nie mógł w tej chwili znieść myśli, że Allie mogła być z kimś innym z agencji w jakichkolwiek bliższych stosunkach, taka wizja doprowadzała go do szału. Mijał go na korytarzach? Wymieniał się poufnymi danymi, pomagał w śledztwach? Chryste. Nie mógł urządzać przesłuchania, gdy to on miał być przesłuchiwanym. Nie mógł się jednak wyzbyć pytania ze spojrzenia swych zielonych oczu kiedy jego wzrok spoczął na Hammond. Holden przesunął się na brzeg kanapy, ewidentnie nie mogą znaleźć sobie odpowiedniego miejsca. A przecież atrakcje tego wieczora jeszcze były przed nim...
[Pomyślałem o agencie, który poważnie poszkodowany po misji będzie potrzebował zarówno pomocy medycznej jak i psychicznej, i tym sposobem nasi bohaterowie mogliby zacząć współpracę. To taki punkt wyjściowy ;)]
OdpowiedzUsuńFlorek
Nie należał do ludzi, którzy potrafili przepraszać. Nie sądził też, że ma obowiązek tłumaczyć się komukolwiek ze swych działań. Zaliczał się do tego wąskiego grona ludzi, których duma była progiem zwalniającym sensowne działanie. Czuł się na tyle niezależny od opinii kogokolwiek, że ten względny brak obowiązku ukorzenia się przed kimkolwiek, uczynił go niemalże bezkarnym. Gdzie wówczas podziewała się jego ukochana etyka? Wszystkie zasady mówiące, że należy postępować tak, jak samemu chciałoby się być traktowanym? Znikały, a cała wiedza wyniesiona z godzin lektury podręczników stawała się jedynie nikłym cieniem, który rzutował na poszczególne z zachowań Holdena.
OdpowiedzUsuńZ pozoru musiał się rzeczywiście wydawać idealny. Wykształcony, oczytany, szarmancki, dobrego pochodzenia, od czasu do czasu słuchający muzyki klasycznej, ale i niepozbawiony tej wymaganej odrobiny szaleństwa, która dodawała mu uroku osobistego. Wiódł z pozoru dobre życie, ale coś w jego głowie musiało zdecydowanie być poprzestawiane, albo musiał być głęboko, głęboko zepsuty skoro dopuścił się takiego postępowania względem dwóch kobiet. Niezależnie od faktu, że kochał tylko jedną z nich; tą drugą przecież też niegdyś darzył jakimś uczuciem. Nie chciał teraz tego porównywać. Pragnął jedynie dokonać naprawy tego co spieprzył, a to graniczyło z cudem. Tak mu się przynajmniej zdawało.
Patrząc na Allie wciąż widział w niej kobietę z którą chciał spędzić resztę swojego życia. Chryste, nienawidził takich wyświechtanych frazesów i deklaracji, ale były one prawdziwe i musiał się pogodzić z ich banalnością, gdy co rusz napływały do jego głowy. Każdy najlepszy obrońca tego świata nie postawiłby teraz zakładu na to, że wygrałby tą sprawę dla Holdena, co dopiero jak on sam mógł tego dokonać...? Westchnął ciężko, jeszcze gdzieś pomiędzy jej słowami, przeciągając dłonią po twarzy, chcąc odgonić znużenie, wkurwienie, wszystko. Nie mogąc już dłużej wysiedzieć na tej pieprzonej kanapie, podniósł się z niej i najpierw podszedł do okna, by wreszcie stanąć za kanapą, na której uprzednio siedział. Wbił spojrzenie w twarz Allie, nie mogąc już dłużej trzymać tego wszystkiego w sobie.
- Nic nie sugerowałem - odwołał się jeszcze do swojej poprzedniej uwagi, chcąc zamknąć przynajmniej ten temat; przy tamtym ukrytym zarzucie pokierował się impulsywnością i oczywiście pewną pokrętną logiką, chcąc odsunąć jeszcze moment swojej spowiedzi, ale teraz nie miał już siły by dłużej zwlekać. Nie kiedy zaręczynowy pierścionek wylądował na stoliku w zupełnie jednoznacznym geście, który go tak raził w oczy.
- Ja i ona poznaliśmy się na studiach. Z początku wszystko było w jak najlepszym porządku, a ona wydawała się być idealna. Nie taka jakiej potrzebowałem, ale idealna. Oświadczyłem się, przyjęła mnie, pobraliśmy się. I wtedy zaszła ta diametralna zmiana, której tak boją się faceci. Kłóciliśmy się o byle co. Allie, my de facto nigdy nie mieszkaliśmy razem jako małżeństwo. Ja tutaj, ona w Nowym Jorku. Każde zajęte swoją karierą, nie było czasu na jakieś miłosne sentymenty. I wtedy spotkałem Ciebie. Chyba nie muszę opowiadać jak to wszystko wyglądało z mojej strony, bo byłaś przy mnie i widziałaś. Problemem jedynie było to, że nie znalazłem okazji, a może i odwagi by Ci o niej powiedzieć - możesz wierzyć bądź nie. Zamierzałem się z nią rozwieść, gdy tylko pojawiłaby się odpowiednia chwila. Oświadczyłem Ci się, bo to z Tobą chcę wiązać przyszłość i uznałem, że to będzie dostateczny wyraz dojrzałości naszego związku. Co więcej mogę dodać? - od jakiegoś czasu mówił bez przerwy, więc wreszcie umilknął nawet nie badając jej reakcji. Po prostu patrzył na Hammond, nawet nie mając pewności, czy to co mówił do niej dociera.
- Przepraszam. Tylko to chyba mogę jeszcze dodać.
Prawda była taka, że Liam z trudem powstrzymywał się przed roześmianiem, więc jedynie jego uniesione brwi sugerowały, że całą sytuacja wywołała pewne... zaskoczenie. Nie uważał Allie za osobę, której należała się w tym momencie litość, bo chociaż ciężko było mu połapać się w jej związkach, tak kojarzył pewne szczegóły i fakt, że jeszcze jakiś czas temu była zaręczona. Na dodatek teraz mieli bawić się na weselu jej byłego chłopaka. Chciał delikatnie zasugerować jej jakiś czas temu, że może nie powinna była przyjmować zaproszenia, jednak ostatecznie tylko machnął ręką i po prostu przystał na propozycję robienia za awaryjnego partnera. W końcu nie miał nic do stracenia i czuł się znacznie lepiej z myślą, że wychodząc do ludzi wcale nie jest aż tak aspołeczną jednostką, jak można było mu zarzucać.
OdpowiedzUsuń–– Oddychaj, Hammond –– poprosił, nawet nie sięgając w stronę jej ręki, gdy ona nadal usiłowała ściągnąć pierścionek z palca –– Nie możesz teraz wszystkim powiedzieć, że jednak nie jestem twoim narzeczonym, to byłoby żałosne –– przyznał z rozbrajającą szczerością i nieznacznie wzruszył ramionami –– Teraz jesteśmy razem, bardzo szczęśliwi i zakochani, ale za kilka dni okażę się być zdradzającym sukinsynem, z którym nie chciałaś spędzać reszty swojego życia. Tak to rozwiążesz.
Liam sięgnął do kołnierzyka i pociągnął za krawat, który –– przez nieumiejętnie zawiązany supeł –– rozwiązał się i pozostał w jego ręce. Allie miała jednak rację, nie potrzebował tego irytującego dodatku, więc, gdy akurat nikt nie patrzył w ich stronę, wyrzucił zielone paskudztwo do kosza na śmieci, a następnie wyciągnął ramię w jej stronę. Goście powoli zaczęli schodzić się do środka, bo ktoś otrzymał informację, że limuzyna pary młodej za kilka minut zatrzyma się pod tylnym wejściem i rozpocznie się krojenie tortu. Lynch nie podzielał ekscytacji zebranych, aczkolwiek zawsze miło spędzał czas w towarzystwie Hammond, więc nie skazywał tego wieczoru z góry na porażkę, nawet jeśli do tej pory wszystko szło raczej... dziwacznie. Chociaż, jak musiał przyznać, w pewien sposób go to rozbawiło, a nie pamiętał już kiedy ostatni raz uśmiechał się tak szczerze i otwarcie.
–– Jak dużo twoich znajomych mamy szansę tu spotkać? –– szepnął w jej stronę, gdy znaleźli się na sali. Ogromne pomieszczenie z zawieszonym pod sufitem białym materiałem wypełnione było kwiatami oraz parującym jedzeniem zamkniętym pod półmiskami, więc zapach był słodko omdlewający, chociaż na swój sposób przyjemny. Wystrój również sprawiał miłe wrażenie, chociaż, jak na gust Liama, było tutaj zdecydowanie zbyt dużo świecidełek pasujących do modnego klubu aniżeli sali weselnej. Nie znał jednak bezpośrednio pary młodej, może oni po prostu lubili przepych i dyskotekową atmosferę? Swoją drogą, na zadane przez niego pytanie, Allie nie musiała udzielać odpowiedzi, bo gdy przechodzili w stronę swojego stolika niemal każdy machał w stronę dziewczyny próbując zamienić z nią chociaż słowo. Jak widać, znała tutaj wszystkich, więc jutrzejszego ranka każdy znajomy znajomej będzie wiedział, że Allie Hammond jednak ma narzeczonego. Liam zaczął zastanawiać się czy ta interesująca i nagła informacja dotrze również do ich współpracowników, aczkolwiek był pewien, że gdy stawią się do pracy, to na pewno o tym usłyszą. I znów, to było całkiem zabawne.
Liam
Kilkanaście lat temu nie był w ogóle przyzwyczajony do dzielenia się z innymi osobami swoimi emocjami czy spostrzeżeniami. Odkąd tylko zyskał świadomość, że jego życie zawsze będzie już inne niż większości osób, pozwalał sobie na stopniowe zamykanie się przed światem.
OdpowiedzUsuńDołączając do CIA, a wcześniej przechodząc rozmaite kursy i dostając nieźle w kość od losu, musiał być twardy. Zachowywać się jak prawdziwy facet. Nie żeby w tym momencie prawdziwy nie był. Wtedy po prostu tego jeszcze nie rozumiał. Był nastawiony, że na korytarzach agencyjnych spotykać będzie pracoholików i ludzi służby, których jedynymi tematami jest praca, zlecenie, misja, trening i ewentualnie pogoda. No, może w szatni przed salą treningową dochodziły do tego sześciopaki czy tyłki koleżanek po fachu.
Nie spodziewał się nigdy, że znajdzie, szczególnie tutaj, osobę, przed którą będzie mógł się otworzyć. Allie wiedziała o tragedii, jaka pół roku temu spotkała Gabe'a i miłość jego życia, tylko że opowiedział jej to wszystko jakby najpierw przecedził przez sito, a potem i tak powybierał tylko te elementy, które nie czyniły z niego słabeusza. Chociaż mówił jej więcej niż większości osób, z początku zdając się na tajemnicę lekarską, a potem na ich relację, nie wiedziała wszystkiego. Nie mogła, bo pewnych rzeczy sam obiecał sobie nie mówić.
- Na wroga mam spluwę, a nie kieckę. Czy garnitur - poprawił się, bo wyobraził sobie siebie ganiającego jako kobietę. Kto wie, może kiedyś jakaś misja go do tego zmusi. To byłoby zabawne, przyznał sobie w myślach. - Ale pamiętaj, że ja łatwo ci tego nie zapomnę. - Posłał jej łobuzerski uśmieszek. Kiedy następnym razem będzie go czymś dręczyć, ma już swoje małe działo, które wysunie naprzeciw. Wychodzenie po kieckę w godzinach pracy? Zaraz przed tym, jak ponoć ma się pacjenta? Ha. Ma szczęście, że tak naprawdę zostanie to tylko u Gabe'a. Właściwie nic, co działo się w tym gabinecie nie wychodziło poza jego progi. Mowa tu oczywiście nie tylko o sesjach z Hammond, jakie gwarantowano agentom w trudnej sytuacji, ale przede wszystkim o przekomarzaniach i rozmowach tej dwójki.
- Nic. - Skłamał. Każde "nic" było kłamstwem i kto ma o tym nie wiedzieć tak, jak psycholog. Przypomniał sobie o tym, więc stwierdził, że jednak wypowie się trochę bardziej obszernie. - Wiesz...
Zawahał się. Nie powinien zmuszać się do mówienia o tragedii, skoro sam blokował ten fakt przed sobą. Zagrzebał więc w myślach w ostatniej chwili smutek, który podświadomie ostatnio go nawiedzał.
- Wiesz, no, zawsze to ja dręczyłem cię moim sprawami. Ja wiem, że taką masz pracę i w ogóle. - Machnął teatralnie dłonią. - Ale dzisiaj miałem wyjątkowo luz i stwierdziłem, że... Może coś u ciebie słychać, czym chciałabyś się podzielić, no. Rozumiesz.
Musiał przed sobą przyznać, że wybrnął z tego całkiem nieźle.
Gabe
[Dziękuję za pochwały. ;) Wiesz, myślę, że magia tego wszystkiego polega na znalezieniu kogoś, kto ciągle motywuje do znajdowania nowych pomysłów, rozwijania się i kreowania nowych postaci; kogoś, kto sprawia, że to wszystko staje się ważne, nabiera większego sensu i zwyczajnie chce się to robić. Ja tak mam. :D Ale to nie powody do zazdrości, pokochaj to, co robisz i będzie dobrze!
OdpowiedzUsuńNatomiast Fassy na zdjęciu nr dwa musiał się tam pojawić – odkąd zobaczyłam to zdjęcie, nie mogę o nim zapomnieć. Cieszę się, że Ci się spodobało. :)]
Erik
[No taki nieładny podglądacz. Jak tak można. :< Ale dziękuję bardzo i chętnie napisałabym coś słodko-gorzkiego z odrobiną nienawiści. Myślę, że między paniami nic innego się nie wytworzy, chyba że masz na to szalony pomysł. :3 Widzę też, że ustalasz coś z Eryczkiem i ewentualnie z przyjemnością się pod to podepnę. : D Wielki props za Stiega!]
OdpowiedzUsuńBardzo obrażona na cały świat KALYA STRYDER
Nie rozumiała. Wiedział, że prędzej czy później zderzy się ze ścianą właśnie na tej płaszczyźnie, ale Holden nigdy nie sądził, że to nastąpi tak szybko. Nie pojmowała, że nie mógł tak po prostu wkroczyć do salonu mieszkania Anny, najlepiej w jakiś niedzielny poranek, po tradycyjnej rozgrywce tenisa, oznajmiając, że żąda od niej rozwodu i to najlepiej natychmiast. Nie mógł również powiadomić rodziców o jedynym prawdziwym związku jaki stworzył z Allie, abstrahując od kłamstw na których był zbudowany. Hammond nie mogła zrozumieć, że świat Rutherfordów, gubernatorów i kongresmenów liczył się z opinią publiczną, jak z jedną z najświętszych wartości. Błahostki urastały do rangi skandalów za każdym razem, gdy w rodzinie komuś chwilowo nie sprzyjały wiatry. Holden swym życiem prywatnym nie chciał się przyczynić do żadnej zawieruchy, chciał ograniczyć postronnych poszkodowanych do minimum. Allie nie miała na ten temat bladego pojęcia, bo on nigdy jej z tym wszystkim dostatecznie dobrze nie zapoznał. Gdyby tylko wiedziała, może wykazałaby się chociaż cieniem zrozumienia dla jego postawy, ogarnęła pobudki kierujące Rutherfordem. Nie mógł się tym do końca usprawiedliwiać i znowu trafiał do punktu wyjścia. Szlag by to.
OdpowiedzUsuńRutherford nie mógł już dłużej znieść jej bojowej postawy. Miała do niej pełne prawo, a on starał się szanować wszelkie jej racje, ale sytuacja wyglądała następująco: on niespecjalnie próbował się bronić, powiedział całą prawdę i na nic więcej nie było go stać w tej chwili; ona atakowała go każdym wypowiadanym słowem, głucha na jego argumenty. Patowa, patowa sytuacja. A przecież Holden nie znosił przegrywać. Odkąd pamiętał był uczulony na smak porażki, nigdy nie oswoił się z prawdę objawioną, że w życiu, jak i każdym sporcie, są przegrani i wygrani. Nie rozumiał i nie chciał rozumieć. Allie znała tę jego stronę, każdą wadę i zaletę, która budowała jego charakter. Mogła się więc spodziewać jego niezadowolonej miny, nieco aroganckiej, jak gdyby w ferworze walki zupełnie zapomniał, że to on jest przyczyną wszystkiego, to on jest winnym i powinien być skazanym.
Gdy tylko wstała z kanapy, Holden zbliżył się do kobiety w kilku szybkich krokach. Jeszcze nie wiedział co chciał zrobić, ale musiał zadziałać. Jego przewaga? Dobre sobie. Wyliczony czas topniał z sekundy na sekundę. Wreszcie chwycił jej ramię, palce Holdena zacisnęły się na nim ściśle, pewnie i boleśnie.
- Allie... - to był jedyny moment, w którym pozwolił sobie na słabość; miękko wypowiedział jej imię, dobrze wiedząc, że w tej sekundzie mogła czytać w nim jak w otwartej księdze. Była przecież wybitnym psychologiem i jego partnerką -... wiesz, że nie pozwolę Ci odejść - stanowczość zastąpiła wcześniejsze emocje, a Rutherford wbił w nią spojrzenie jeszcze intensywniej. Taka była kolejna prawda tego wieczora i musiała się z nią liczyć; nie wyrażał zgody na jej odejście. Był w stanie zrobić wszystko, naprostować swoje skrzywienia, wyzbyć się tego, co jej przeszkadzało i wreszcie doprowadzić do tego pierdolonego rozwodu. Byle okazała mu chociaż cień szansy.
Rodzina Rutherfordów była co najmniej specyficzna, tak jak tylko mogą być specyficzni ludzie, którzy na walizkach mają wytłoczony własny monogram. Z jednej strony stawiali więzy krwi na piedestale; każdy mógł liczyć na siebie nawzajem wedle wyznawanej zasady, że to koszula jest najbliższa ciału. Rodzinne zjazdy zwykle obfitowały w scysje, a nieliczne utajone sekrety wypływały na powierzchnię, stając się ku temu doskonałym powodem. Wszystko zwykle tyczyło się ubiegłej, aktualnej, albo i nadchodzącej kampanii wyborczej. Koniec końców zawsze dochodzili do porozumienia wiedząc, że lojalność i solidarność członków rodziny jest nie do zastąpienia. Z drugiej strony natomiast byli ludźmi sukcesu, ukierunkowanymi na władzę i życie Rutherfordów w dużej mierze odbywało się na zewnątrz. Ich głównymi wadami było wyciąganie pochopnych wniosków i zbyt szybkie ocenianie innych, co często mogło być krzywdzące. Holden miał tego wszystkiego wysoką świadomość i o ile pragnął pewnego dnia przyjechać do Waszyngtonu z Allie jako swoją życiową partnerką, o tyle równie mocno pragnął ją przed nimi w pewien sposób uchronić. Nie formułował argumentu, że właśnie dlatego utrzymywał wszystko przed nią w tajemnicy - by oszczędzić jej rozczarowania i zapewnić bezpieczeństwo, wiedząc co jej zagraża ze strony jego własnego życia. Byłaby to największa bzdura na jaką mógł się zdobyć. Z nieco opóźnionym refleksem, ale zamierzał stawiać na szczerość. Zdawał sobie sprawę, że tylko tym może coś ugrać i zdobyć, gdy stał już na zupełnie straconej pozycji.
OdpowiedzUsuńJeżeli Allie naprawdę uważała, że oszukiwanie jej przez poprzednie trzy lata było dla niego proste, albo przyjemne to ona również musiała mieć ze sobą pewien niesprecyzowany problem. System na którym zbudował swoje kłamstwa był zero jedynkowy; mógł ją powiadomić na samym początku, że ich związek jest romansem, bo jest żonaty, albo nie mógł zrobić tego wcale, gdyż było już za późno. Każdej nocy, gdy wracał do mieszkania z agencji, musiał gasić własne wewnętrzne głosy, które mówiły mu, że nie zasługuje na Hammond, bo ich dwuosobowy świat opierał się na jednym, wielkim blefie. W następnej kolejności napływała myśl, która go nakręcała i zagłuszała wyrzuty sumienia - nie mógł jej stracić, bo dotarł do tego beznadziejnego momentu w swoim życiu, gdy wiedział, że tylko ona jest warta tego wszystkiego, czego nie mógł dotychczas zaoferować każdej innej kobiecie. Wypijał szklankę whisky i wypalał na tarasie jednego papierosa każdej nocy mimo, że nie palił regularnie od czasów studiów. Dopiero potem wracał do śpiącej w sypialni Allie. Rzadkie wypady do Nowego Jorku by odbębnić małżeńską wizytę z czasem zmieniały się w klasyczną awanturę pomiędzy nim, a Anną i to samo tyczyło się wspólnych wyjazdów do domu rodzinnego z okazji świąt, których unikał za wszelką cenę. Nie spał z nią od trzech lat, ale o tym Hammond nie miała pojęcia. Anna musiała coś podejrzewać. Nagle na Holdena spłynął ten olśniewający wniosek; musiała wiedzieć od dłuższego czasu, a jednak pogrywała z nim. O kurwa.
Rutherford zwykle bywał opanowany, bo zachowania zdrowego rozsądku wymagała od niego praca. Zawsze odwoływał się najpierw do płaszczyzny krytycznej, by ta ostudziła wszystkie reakcje, które powstawały na poziomie intuicyjnych emocji. Mogło się wydawać, że ciężko było wzruszyć ten zimny mur, ale on bardzo szybko tracił nad sobą panowanie, na przekór pozorom. Po prostu nie pokazywał tego na zewnątrz, dusząc wszystko w sobie w środku, pozwalając by szalała w nim burza za każdym pierdolonym razem.
Łzy, które ujrzał w oczach Allie spowodowały, że Holden rozluźnił uścisk na jej ramieniu by wreszcie puścić ją całkiem, myśląc, że jej reakcja jest spowodowana bólem - kolejnym, który jej zadał. Nie był w stanie znieść tego widoku dlatego na ułamek sekundy odwrócił wzrok, tchórząc przed samym sobą. Jedyną osobą, która zasługiwała na jakikolwiek ból z ich dwójki był on sam. Powinien ze względu na szacunek pozwolić jej odejść, a emocjom opaść. Może wtedy, za tydzień, dwa, a może trzy miesiące mogliby wrócić do tego tematu, o ile ona wyraziłaby na to zgodę. Oczywistym natomiast wydawał się fakt, że Holden nie miał zamiaru tak postępować ani przez sekundę. Po kilkunastu sekundach powrócił do kobiety spojrzeniem. Napędzany impulsem Holden ujął delikatnie twarz Allie w dłonie, pochylając się w jej kierunku.
Usuń- Znasz mnie - zapewnił cicho, ale stanowczo; przez cały ich związek był sobą, po raz pierwszy mogąc zachowywać się przy kimś tak swobodnie, by móc ujawnić się ze wszystkimi swoimi wadami, zaletami, marzeniami i obawami, a te dwie ostatnie rzeczy przez większość swojego życia ukrywał. Jedyny zły wybieg stanowiło kłamstwo, które stało się teraz przeszkodą nie do pokonania, ale nigdy nie rzutowało na prawdziwość uczuć Holdena do Allie, ani na to jak się wobec niej zachowywał, nie tak jak sądziła - Allie, błagam, a przecież wiesz, że nie jestem do tego zdolny. Żałuję tego kłamstwa i gdybym mógł się cofnąć w czasie, możesz być cholernie pewna, że bym to zrobił. Nigdy Cię z nią nie zdradziłem. Nie spałem z nią odkąd Cię poznałem, więc ona musiała wiedzieć o Tobie i cała ta sytuacja jest efektem jej planu... - urwał, nie bardzo wiedząc w którym kierunku zamierza teraz pójść. Pozwolił sobie na minimalny gest, delikatnie gładząc twarz ukochanej kobiety, nie puszczając jej jeszcze.
Cóż więcej mógł uczynić? Dłonie Holdena zawisły w połowie gestu, gdy Allie odsunęła się, więc opuścił je, patrząc na nią bezradnie. Nie wierzyła mu nawet w pół słowa i ta świadomość docierała do niego z każdym wyrazem, który wypowiadała. Z tą różnicą, że teraz odczuwał niemalże fizyczny ból doprowadzający go do granic wytrzymałości. Tak się czuje pewnie człowiek, który ginie od własnej broni; zupełnie jak gdyby ktoś wsuwał w jego tkanki nóż i okręcał go dookoła. Miał podnieść głos, powtórzyć się, że nie pozwoli jej odejść, czy może poddać się w obliczu jej postawy? Był na tyle rozczarowany sam sobą, że nie mógł podjąć jakichkolwiek innych kroków. Dopadła go jakaś niespotykana dotychczas blokada. Na moment okazał słabość, gdy opuścił głowę i przymknął oczy, starając się przyjąć jej słowa w jak najlepszy cywilizowany sposób. Tyle tylko, że najwidoczniej nie potrafił. Znużenie mieszało się wciąż z resztkami adrenaliny, pozostałej w krwiobiegu, a przede wszystkim z gniewem, którego nie potrafił powstrzymać.
OdpowiedzUsuń- A czy Ty nie rozumiesz Allie, że kocham Ciebie i tylko Ciebie? - nie sądził by to rozumiała, ani też w to wierzyła. Cóż, w przypadku drugiego wariantu, mógł być wściekły tylko na siebie, bo to on ponosił całą odpowiedzialność za to, że nie chciała z nim być, za to, że w ułamku sekundy straciła do niego zaufanie, za wszystko... Odsunął się wreszcie, kolejny raz dając wyraz braku wytrzymałości. Utorował jej drogę, mogła teraz odejść swobodnie, tak jak tego sobie życzyła. Tak jak on powinien pozwolić jej odejść, czego - rzecz jasna - nie zamierzał pozwolić jej zrobić. Rutherford stanął przy oknie, krzyżując ramiona na piersiach. Przez chwilę jego mózg był pozbawiony najmniejszej nawet myśli, co zapewne było spowodowane stresem. Miewał już takie zawieszenia w przeszłości, ale ku jego rozczarowaniu, nie trwały one zbyt długo.
Nie chciała z nim być. Słowa te chyba najbardziej zapadły mu w pamięć i mógł się założyć, że to one będą do niego powracały najczęściej w przyszłości. Ciężko mu było w to uwierzyć, odpowiednie wnioski i refleksje chyba nie do końca uformowały się w jego głowie, nie pozwalając na odrobinę empatii i zrozumienia stanowiska Allie.
- Ponoć, gdy się kogoś kocha to można mu wybaczyć - rzucił jeszcze jedną uwagę wyrażającą zasadę, której zastosowanie znał przecież z rzeczywistości; nie wydumał jej sobie, ani nie powiedział tylko po to, by się na gwałt ratować chociaż przecież to faktycznie robił. Stał więc przy oknie, oswajając się ze swą dzisiejszą przegraną. Jeśli Allie chciała odejść to on sam nie był w stanie na to patrzeć.
Nie ruszył się. Holden tkwił w oknie mieszkania dopóki nie usłyszał trzaśnięcia drzwi wejściowych. Nie skomentował żadnego z ostatnich słów, które padły z ust Allie. Przybrał postawę ofiary, mimo oczywistego faktu, który jego wskazywał jako oprawcę. Dopiero dźwięk oznajmiający odejście Hammond wyrwał go z jego miejsca. Wobec niepowodzenia misji naprawy tego, co w tak widowiskowi koncertowy sposób spierdolił, strącił stojące na parapecie bibeloty by wreszcie z całej siły przyjebać w ścianę. Nie był to najlepszy pomysł, ale takim z początku wydawał się Holdenowi. Niestety poskutkował otarciem skóry i krwią; Holden kolejny raz przekonał się, że agresja nie jest najlepszym wyjściem w przypadku nagromadzenia furii, zwłaszcza gdy był sam.
OdpowiedzUsuńKolejne dni mijały Holdenowi w dziwnym otępieniu, jakiego nigdy wcześniej nie czuł. Mogło się wydawać, że pewnych czynności podejmował się mechanicznie, w innych natomiast widział sposób na szybsze mijanie czasu, który w innych okolicznościach spędzałby z Allie. Z opatrunkiem na ręce codziennie stawiał się w pracy, gdzie wykonywał swoje obowiązki jak zwykle niezawodnie - agencja to była prawdopodobnie jedyna płaszczyzna na której nie pozwalał sobie na półśrodki. Jedyną rzeczą umykającą Holdenowi była pasja. Brakowało mu tego zacięcia, które zdawało się uciec wraz z odejściem Allie. Wykonywał swe zobowiązania i wracał do domu, by tam oddawać się samotnemu piciu whiskey. W ilościach większych niż zwykle. Dwa dni po odejściu Allie zdecydował się wreszcie spotkać z Anną, która jedynie potwierdziła jego przypuszczenia. Wiedziała o wszystkim od dawna, ale bazowała jedynie na własnych przeczuciach aniżeli na faktach w związku z czym chętnie podjęła ryzyko związane z przyjazdem do jego mieszkania. Holden najzwyczajniej w świecie nie mógł na nią patrzeć. Zapowiedział wniesienie pozwu rozwodowego i Anna musiała się z tym pogodzić, wiedząc, że nie wygra z grupą krwiożerczych prawników; tych nie brakowało w najbliższym środowisku. Od żadnej ze stron nie padły słowa przeprosin, refleksje nad tym kiedy popełnili błąd i czym byli na samym początku. Żadna akcja takiego pokroju nie miała miejsca.
Holden radził sobie znacznie gorzej niż przypuszczał, o wiele gorzej niż był w stanie przyznać przed samym sobą. Niestety, towarzyszył temu również dodatkowy proces; duma wzrastała i nie pozwalała mu na roztrząsanie swojego błędu w ramach sentymentalnych wycieczek do przyszłości, które przypominały mu co spierdolił. Jeszcze bardziej zagłębiał się w złości - przede wszystkim względem samego siebie, Anny... i chcąc, nie chcąc Allie. Nie mógł odebrać jej prawa do podejmowania decyzji, a to właśnie najchętniej by zrobił.
Dlatego też postanowił działać. W pokrętny dla siebie sposób, jasne, ale postanowił walczyć. Zdecydował się więc umówić na wizytę z agencyjnym psychologiem w przerwie prowadzonego śledztwa, które zdawało mu wywiercać dziurę w czaszce, którą ulatywała koncentracja. Brakowało mu kilku raportów zawierających stan faktyczny od agentów terenowych, więc mógł sobie pozwolić na trwonienie czasu. Agencyjnymi korytarzami ruszył w znajomym sobie kierunku, do gabinetu Hammond. Allie nie było jeszcze w środku. Holden zignorował radę sekretarki, która usiłowała go nakłonić by zaczekał na nadejście pani psycholog przed gabinetem. Udał się bezpośrednio do jej biurka, zajmując jej własne miejsce. Czekał zupełnie bez planu. Nie wiedział co chce powiedzieć czy też zrobić. Chciał ją jedynie zobaczyć i był zaskoczony, że dotychczas nie wpadli na siebie na jednym z korytarzy. Musiała go unikać.
- Wybaczam - odparł, stwierdzając, że uśmiech będzie w ich położeniu zbytnią śmiałością. Nie wiedział też czy Hammond znów nie ulegnie emocjom, usiłując wyrzucić go z pokoju, w którym pracowała. Holden zmarszczył brwi, czując, że nie będzie mógł powstrzymać impulsu przed wypowiedzeniem cisnących się na usta słów - Tęskniłem. Wierz lub nie.
Kolejna dawka szczerości. Brakowało mu jej każdego poranka, popołudnia i wieczoru, gdy wracał z agencji wkurwiony brakiem błyskotliwości niektórych ze swych pracowników. Tęsknił za śmiechem, którym reagowała na jego grymas, gdy opowiadał o ludziach o ograniczonej bystrości. Za sposobem w jaki go dotykała, gdy wszystkie jego mięśnie były spięte. Tęsknił za nią, do kurwy nędzy.
Usuń[To chyba marzenie każdego bloggera, ale szczerze życzę powodzenia w tej materii. :) Ma lodowate, ma! Jak się postara, to ma. A jak chce rozłożyć, jak piszesz, człowieka na czynniki pierwsze, to też wie jak. Magia jego oczu, jego umiejętności, jego cała siła. : D I przykro mi, ale ja też chyba nie mam za bardzo pomysłu, niemniej, jak coś wpadnie (bo ja to tak czytam karty po parę razy), to się odezwę. :)]
OdpowiedzUsuńErik
Gdyby nie zalecenia od szefostwa, nigdy nie zdecydowałby się na sesje u psychologa – nie wspominając jeszcze o tym, że skoro wciąż był w gotowości i powinien oczekiwać wezwania z wojska, tamto dowództwo wysłało go także do psychiatry z powodu jego stresu pourazowego (on tam nie sądził, że cierpi na tę dolegliwość, ale ludzie zawsze wiedzieli lepiej od niego). Takim sposobem Ferguson mógł zaliczyć podwójne pranie mózgu u kobiet, które chcą mu się mieszać w życie. A radził sobie całkiem dobrze. Owszem, miewał te męczące koszmary, nie mógł spać, a niekiedy miał ochotę zapaść się pod ziemię, gdy usłyszał jakikolwiek niespodziewany hałas, ale poza tym było dobrze. Przestał wściekać się o każdą głupotę, gdy chodziło o Maggie. Właściwie w furię wpadał tylko podczas samych spotkań z psychologiem, a to już jakiś postęp. Nic nie poradzi na to, że już sam ten zawód kojarzył mu się ze wścibskim, niemającym zahamowań człowiekiem. I nieważne, cóż próbowałaby czynić Allie, i tak nie przekonana się na tyle do instytucji, którą reprezentowała, by zdobyć się na szersze wynaturzenia swojej osobowości. Lubił myśleć o sobie jak o zwyczajnym facecie, który po prostu miał ciężko, ale przecież teraz będzie coraz lepiej, no nie? Może i jego praca nie niosła za sobą poczucia stabilizacji, ale przynajmniej była na stałe, dzięki czemu wrócił do domu. Wciąż był w czynnej służbie wojskowej, ale tak naprawdę nikt go nie wezwie, bo teraz pracuje dla CIA. Skoro miał reprezentować sobą szereg problemów emocjonalnych i psychicznych, doprawy nie rozumiał, dlaczego wciąż go tam chcą. Miał wrażenie, że każdy pracownik przypomina małego Sherlocka Holmesa, a on jeden wychodzi przed szereg, reprezentując wszystkie ludzie wady, których reszta się wyzbyła. Mówiono mu, że po całym szkoleniu bardziej uwierzy w swoje umiejętności, ale jakoś nie mieściło mu się w głowie, iż stanie się człowiekiem, będącym w stanie pociągnąć za spust jako pierwszy. Owszem, zdarzało mu się to w Afganistanie, ale to wciąż coś innego… Może powinien myśleć o swojej nowej pracy w kategorii wiecznej wojny?
OdpowiedzUsuńTa sesja była w jego wykonaniu jeszcze bardziej nerwowa niż zwykle. Łapał pannę Hammond za każde słówko, nie ukrywając tego, że delikatnie się na niej wyładowuje. Wciąż nie rozumiał, jakie problemy w nim tak na serio dostrzega. Nikt nie umiał mu tego powiedzieć wprost, a sam tak bardzo zagubił się w wielkim udawaniu, że zapomniał o tym, co starał się ukrywać przed społeczeństwem. Dlatego nie czekał zbyt długo i szybko znalazł okazję do upicia się, dzwoniąc wcześniej do ciotki, iż nie wróci na noc, bo utknął w pracy.
Kiedy obudził się z bólem głowy i nieprzyjemnym smakiem wymiocin w ustach, niezbyt wiele pamiętał. Przyswoił szybko fakt, że jest prawie nagi (miał na sobie tylko bokserki), a łóżko jest zbyt miękkie, by przypominało jego prywatną kanapę, na której obecnie sypiał – a raczej leżał, bo rzadko udawało mu się zasnąć. Jęknął głośno, usiłując poskładać porozrzucane kawałki układanki, ale nic z tego. Pamiętał bar, pamiętał piwo i kolejne kieliszki wódki. Były też jakieś kobiety i paru kumpli z wojska. Potem film się urywał.
O ile obca sypialnia była zaskakująca, tak już obecność osoby, przez którą się upił, była co najmniej szokująca. Ale początkowo tylko się na nią gapił, siadając w końcu prosto i rozglądając się za swoimi ubraniami, których nigdzie nie było.
- A więc takim jesteś psychologiem? Pacjenci budzą się nadzy u ciebie w mieszkaniu, niczego nie pamiętając? W taki sposób wykorzystujesz facetów? – zapytał, ziewając przeciągle. Jeszcze nie czuł zażenowania, za bardzo bolała go głowa.
[Zgłoś się koniecznie. <: Ej, ej, załśugujesz na fochy, bo podglądasz, ale powiedzmy, że w swojej wspaniałomyślności Ci wybaczę, bo Remek RIP (chociaż może kiedyś wróci...).]
OdpowiedzUsuńKAYLA STRYDER
OdpowiedzUsuńZawsze podziwiał cierpliwość Allie, którą się wykazywała względem swych pacjentów. Wysłuchiwała ich bez najmniejszej uwagi czy też zbędnego komentarza, wszelkie niepotrzebne opinie zachowując dla siebie. Według Holdena była cholernie dobra w tym co robiła, mimo że rzadko kiedy wypowiadał takie pochwały na głos. Działalność psychologa i prawnika na wielu płaszczyznach była podobna; pomoc ludziom, którzy o takową prosili i wysłuchiwanie swych klientów. Różnica dotyczyła jednak tego na co prawnik mógł sobie pozwolić, a czego psychologowi czynić nie wolno było. Prawnik mógł wygłaszać opinie o swym kliencie do niego bezpośrednio, niezależnie od tego czy były pozytywne czy wręcz przeciwnie, by koniec końców reprezentować go w najlepszy z możliwych sposobów. Rutherford nie wykluczał powrotu do zawodu po wygaśnięciu kontraktu z agencją. Praca w tym miejscu z całą pewnością była wzbogacającym doświadczeniem, o którym inni mogli jedynie pomarzyć. Spełniał się i to było dla niego kurewsko ważne. Nie lubił jednak stagnacji.
Lubił obserwować Hammond w jej naturalnym środowisku, być może było to spowodowane rzadką częstotliwością występowania takich okazji. Zwłaszcza w trakcie ostatnich dwóch tygodni, gdy obserwować jej nie mógł wcale. Każdego dnia odczuwał brak Allie i świadomość przypominająca mu o tym z każdym krokiem, w sposób jasny do przewidzenia, doprowadzała go do szału. Przyczyniało się to jedynie do wzrostu odczuwanego gniewu. Holden miał wrażenie, że od kilku dni powtarzał się sam przed sobą i krążył po utartych schematach myślowych. Bywały chwile, w których wierzył, że ich związek jest kwestią możliwą do odratowania, jeszcze w innych nie odczuwał najmniejszej nawet motywacji by o to wszystko walczyć, zdając sobie sprawę z upartości Allie. Jednego z wieczorów wykręcił numer siostry, przerywając jej pracę by zrzucić z siebie ciężar skrywanych faktów; uznał, że trójka ludzi wiedząca o całej sprawie to za mało i dlatego czuł się tak obciążony. Josie wysłuchała go, zwyzywała i poprzysięgła, że nie powie słowa rodzicom dopóki on sam nie będzie gotowy, o ile Anna go nie wyprzedzi, z radością dzieląc się wiadomościami o ich nadchodzącym rozwodzie. Orzekanie o winie nigdy nie zapowiadało się takie wkurwiające.
Niemalże pożerał ją wzrokiem - zupełnie jakby wpatrując się w Hammond na zapas - ze swego miejsca w jej fotelu. Skłamałby mówiąc, że nie zaskoczyła go zmiana w jej postawie, ale z drugiej strony był to naturalny proces, który zauważał u samego siebie. Być może było za wcześnie na takie reakcje, ale uśmiechnął się zdecydowanie zbyt szeroko na uwagę o breloczkach, nie mogąc powstrzymać impulsu, który zawładnął jego ciałem. Na moment jedynie odwrócił wzrok od swojej narzeczonej (tak, wciąż nie stosował do tego określenia przeszłej formy czasu, zaklinając w ten sposób rzeczywistość) by ponownie go skupić na postaci Allie.
- Ty jesteś moim hobby - odparł zgodnie z prawdą, lekko obracając się na fotelu; niegdyś takie uwagi były na porządku dziennym, a teraz zdawały się brzmieć nieodpowiednio w odniesieniu do położenia w jakim się znajdowali. Uśmiech zniknął z twarzy Rutherforda, gdy wstał ze swojego miejsca po to by zbliżyć się do Hammond, nie podejmując się następnie żadnego innego ruchu.
- Przyszedłem Ci przypomnieć, że Cię kocham. Kolejny raz prosić o wybaczenie. Nie jestem dumny z tego jak się zachowywałem, dając Ci podstawę do myślenia, że moje uczucia wobec Ciebie nie były szczere. Po to przyszedłem... - urwał, znowu ulegając temu parszywemu uczuciu powtarzania się. Dlaczego w pierwszym miejscu nie zastanowił się, że doprowadzi to ich do takiego miejsca? Że w pewnym momencie będzie zbyt późno na wyjawienie prawdy bez poniesienia start? W geście frustracji wbił obie dłonie w kieszenie spodni, również tą z prowizorycznym opatrunkiem, więc krótki grymas bólu przebiegł po twarzy Rutherforda. Cóż, nie mogło się to równać z rozmiarami innego rodzaju bólu, prawda...?
Gdyby tylko wiedział, że zarzucała mu brak zrozumienia dla zakupów w celu poprawienia humoru, oznajmiłby jej, że grubo się przeliczyła. Facet mógł to pojąć. Co prawda Gabe też nie miał stu par butów i tysiąca garniaków, ale kupienie sobie nowej koszuli, książki czy wycieczkę do kina można przełożyć na podobną sytuację.
OdpowiedzUsuńNie, żeby to jakoś często praktykował. Przywykł do radzenia sobie z problemami w trochę inny sposób, o czym Allie dobrze wiedziała.
Rozbawiła go swoim słowotokiem i tym, jak uroczo przeżywała posiadanie przez niego tego asa, jakim były jej małe wycieczki w godzinach pracy. Cóż, jego robota była o wiele bardziej elastyczna niż jej. Nie zamierzał przecież jej wcale wkopywać. Prawdopodobnie nawet nie będzie mieć komu tego wspomnieć. Nie daj Boże jeszcze by ją mu zabrali i nie miałby się zaszywać bez powodu, a ona nie miałaby o co go posądzać, zgadując po co niby ją nachodzi.
Zależało jej na niej, chociaż nie zwykł od jakiegoś czasu przywiązywać się do współpracowników, ludzi ogółem. Co prawda, patrząc logicznie, co innego zaprzyjaźnić się z panią psycholog, a co innego z innym agentem. W tym wypadku najgorsze, co ich spotkało, a było do przewidzenia to plotki, że kręcą ze sobą, wychodzące od tych, którzy na temat Gabriela są mało uświadomieni. Inaczej miało się to z agentami, bo oni podpisując umowę, są świadomi podejmowanego ryzyka. Gabe sam doświadczył na własnej skórze, co znaczy zaprzyjaźnić się aż za bardzo z innym pracownikiem agencji, któremu coś poszło nie po myśli. A raczej kule nie po drodze, jaką mogłyby obrać, żeby oszczędzić paru osobom łez.
- Nie męcz mnie, no. Przyszedłem porozmawiać, a zamiast dowiedzieć się coś ciekawego, jestem maglowany jakbym nie miał prawa tu być.
W jego głosie dało się usłyszeć cień zmęczenia i irytacji. Nie do końca wyraźny, ale pewnie spowodowany tym maglowaniem go przez Allie. Poczuł przez moment, że dziewczyna nie chce chyba jednak rozmawiać o niczym konkretnym. Zaczął znów zastanawiać się po co tu jest. Wyglądało na to, że serio potrzebował po prostu dobrego towarzystwa.
Gabe
[Wybacz, że tak niemrawo, krótko i marnie, ale zmęczenie nie daje za wygraną od paru dni, chyba jednak powinienem chodzić spać o ludzkich porach :D]
Słuchał każdego z jej słów, ale wyglądał jakby nie robił tego wcale. Prawda miała się właśnie tak, że nie chciał tego robić - stać tutaj obok niej i wysłuchiwać wykładu, z którym nie zgadzał się od pierwszych sekund. Wzrok Holdena błądził gdzieś po nieistniejących punktach tuż za Allie, a umysł pracował na podwyższonych obrotach, skupiony jedynie na odrzucaniu tego wszystkiego, co padało z jej ust. Nie czynił tego z wrodzonej upartości, przekonania o słuszności tylko własnych racji, czy innych pobudek, które zazwyczaj charakteryzowały zachowania Holdena. Zachowywał się tak, bo było mu łatwiej; wolał karmić się nadzieją ludzi ograniczonych, która pozwalała mu łudzić się, że jeszcze jest szansa by odratować ich relację. Wbrew temu co mówiła Hammond.
OdpowiedzUsuń- Nie mam zamiaru się z tym godzić, Allie - odparł bez większego zastanowienia, ledwo pozwalając jej skończyć; zniecierpliwienie w jego głosie było niemalże namacalne, gdy powrócił spojrzeniem do kobiety. Nie dbał już o konwenanse, które zapewne miałby na względzie, gdyby prawdopodobnie chodziło o kogoś innego; szanowałby decyzję partnerki i wycofał się. Ale to była Allie. Jego mała Allie, która potrafiła obudzić go najskuteczniej ze wszystkich możliwych sposobów; Allie, która robiła najlepszą kawę świata; Allie, która koiła całą wrodzoną nerwicę Rutherforda i wreszcie Allie, która zdecydowanie była kobietą jego życia. Nie mogła wymagać od niego postawy, która jednoznacznie charakteryzowałaby poddanie się. On sam przecież co jakiś czas miewał napady wątpliwości, które wkurwiały go jak nic innego w świecie. Ostatnimi czasy wszystko wkurwiało Holdena znacznie bardziej, włącznie z własną osobą i nie należało się daleko rozglądać za przyczyną takie stanu; stała właśnie przed nim. To jej brak czynił z niego jeszcze gorszego człowieka niż był w rzeczywistości.
- Nie przyjmuję do wiadomości tego, że nie jesteśmy razem, bo to dla mnie najgorsza opcja z możliwych - jego słowa nie miały najmniejszego sensu i nie pasowały do mężczyzny w średnim wieku, który powinien wykazywać się większą dumą niż ta, która pozwalała mu na wypowiadanie takich słów, za które w przyszłości się sam pewnie skarci. Najwidoczniej dumę zgubił gdzieś po drodze. Chuj, trudno - Ja po prostu tak nie potrafię, Allie. I jeśli Ty uważasz, że potrafisz to chyba trochę się oszukujesz.
Znowu nadszedł kryzys, brak wiary w sens wizyty w gabinecie Hammond, która jeszcze wcześniej tego dnia wydawała mu się całkiem niezłym zabiegiem. Holden nie wiedział co dalej ma ze sobą zrobić, miał wrażenie, że pięści wbite w kieszenie spodni za niedługo doprowadzą do ich rozprucia.
- Rozwodzę się - oznajmił głosem wypranym z jakiejkolwiek emocji, która mogłaby wskazywać, że to wydarzenie w jego życiu wzbudza w nim pewne afekty. Jeżeli już to odczuwał złość - jakże by inaczej - na samego siebie, że podjął taką decyzję o wiele za późno. Powinien był to zrobić jeszcze zanim poznał Allie; w chwili, gdy pęknięcia w relacji z Anną były zbyt głębokie by je wypełnić czymkolwiek, a które zapowiadały jedynie całkowity rozpad ich małżeństwa. Wypowiadając te słowa Holden przyglądał się Allie, która schyliła się by pozbierać teczki z podłogi. Kilkanaście sekund zajęło mu ocknięcie się i uczynienie gestu polegającego na zbliżeniu się do niej w celu pomocy. Pozbierał wraz z Hammond wszystkie papiery, które uprzednio wylądowały na podłodze, starając się nie patrzyć na kobietę. Dystans pomiędzy nimi w tej chwili był niemalże znikomy, a Rutherford naprawdę nie chciał czynić rzeczy, których mógłby później żałować. Jak na przykład przyciągnięcie do siebie Allie jednym, sprawnym gestem ręki i pocałowanie jej, bo tak, właśnie na to miał ochotę. Dlatego też wstał z pochylenia, rzucając trzymane w dłoni dokumenty na jej biurko i cofając się o krok, na bezpieczną odległość. Przynajmniej tak mu się wydawało. I prawdą było to, że nie mógł odbierać jej prawa do pretensji i żalu kierowanego w jego stronę. Nie mógł oficjalnie nazywać Allie swoją partnerką, dziewczyną, narzeczoną... nie póki był w małżeństwie z inną kobietą. Wystarczyły trzy poprzednie lata, gdy to robił i skrzywdził w ten sposób najbliższą dla siebie osobę.
OdpowiedzUsuń- Może faktycznie pójdziemy na tą kawę - zaproponował, nie wiedząc jaki charakter teraz przybrała jego wizyta w tym miejscu; słowa wypowiedziane z tymi gorszymi, które jeszcze nie padły wyraźnie mieszały się, zagęszczając atmosferę i powodując niemalże elektryzujące napięcie pomiędzy nim a Hammond. Przynajmniej on tak to odczuwał, ale niewykluczone, że owo napięcie dotyczyło zgoła innej materii niż mogło się Holdenowi wydawać. Czekał na jakiekolwiek przyzwolenie z jej strony, a gdy tylko dostrzegł ledwo widoczne skinienie głową niemalże doskoczył do drzwi, otwierając je przed Allie. Poczekał aż zamknie je za sobą, przyglądając się wówczas sekretarce, zastanawiając się ile usłyszała, a ile sobie dopowiedziała na podstawie słów, które padały z gabinetu pani psycholog. Zważając na wyraźną dezaprobatę w jej spojrzeniu, której nigdy wcześniej nie dostrzegał - zapewne wiele. Holden z ulgą skierował się w kierunku wind. Zjadą na dół do agencyjnej knajpy, wezmą kawę na wynos i może dokończą sesję. Prawda była taka, że zrobiłby wszystko byleby przeciągnąć swoje przebywanie z Allie w nieskończoność. Gdy winda nadjechała Rutherford znów przepuścił przed sobą Hammond; nigdy nie zapominał o manierach, albowiem była to jedna z wielu rzeczy, którą zdawał się mieć w sposób korelatywny sprzężoną z własnym usposobieniem. To i przekleństwa, o których matka mówiła, że więdną jej uszy.
Milczenie, które dzielili od czasu opuszczenia gabinetu ciążyło mu dlatego już otwierał usta, by powiedzieć cokolwiek; coś, co mógłby powiedzieć do obcej osoby; coś do bólu bezpłciowego jak pogoda, gdy winda szarpnęła i zatrzymała się. Rutherford zanim zaklął odczekał kilkanaście sekund licząc, że ustrojstwo ruszy ponownie. Aha, jasne. Wobec tego wcisnął guzik rozsuwania drzwi i w reakcji napotkał jedynie ciężkie westchnienie Allie. Cóż, takiej sesji psychologicznej jeszcze nie miała. Tylko ona, domniemany pacjent i zatrzymana między kondygnacjami winda.
- Szlag by to - warknął Holden, nie mogąc jednak wyzbyć się krótkiego uśmiechu ironii, bo to ona sprawiła, że jego prośby zostały wysłuchane. Czas, który mieli dzisiaj razem spędzić zapewne się wydłuży - może nie do końca w okolicznościach, jakich by sobie życzył, ale cóż... w swoim położeniu nie zasługiwał na nic lepszego.
Podczas gdy większość osób w rozwodzie zapewne widziała swojego rodzaju porażkę życiową lub sposób na życie, Holden uważał, że w jego przypadku jest to nie do końca przykra konieczność. Nie odczuwał żalu i smutku z powodu tego, że przechadzał się po zgliszczach związku z Anną i w gruncie rzeczy, gdyby podłożyć jego nastawienie do owej relacji pod szkiełko powiększające mogłoby wyniknąć, że nigdy nie traktował ich jak jedności, która miała przetrwać do końca każdego z ich światów. Nie chodziło tutaj o pewien cynizm i zaprzeczanie prawdzie; Rutherford nie ukrywał, że w pewnym okresie swojego życia na nieznany mu w chwili obecnej sposób kochał Annę. Był to jednakże zupełnie inny rodzaj miłość niż ten, którym obdarzał Allie. Wciąż wystrzegał się porównań, ale różnice nasuwały się same i był gotów do pierwszej krwi polemizować z każdym, kto podważyłby tą teorię. Włącznie zapewne z samą zainteresowaną. Gdyby tylko mógł sformułować myśli na ten temat w konkretne słowa i przedstawić je Allie... może mogłoby to zmienić ich położenie, ale nie potrafił tego uczynić w sposób dostatecznie dobry - taki, który nie obejmowałby do bezpośredniego odwoływania się do osoby Anny. Wątpił żeby Hammond wyrażała ochotę słuchania zestawiania ich związku z relacją, która go łączyła z byłą, już wkrótce, żoną.
OdpowiedzUsuńHolden obrzucił spojrzeniem wnętrze windy krótkim spojrzeniem, które na moment zawisło na Allie. O ile kilkanaście sekund wcześniej wizja pobytu w zamkniętej, niewielkiej przestrzeni wydawała mu się świetnym pomysłem, o tyle teraz zdawała się nieść ze sobą przekonanie o nadchodzącym koszmarze. Nie chodziło wcale o słowa, które wypowiadała, bo już zdążył przywyknąć, że od czasu owego feralnego dnia wyprowadzała go z równowagi znacznie częściej niż wcześniej przez cały staż ich trzyletniego związku. Holden w żadnym wypadku nie ufał sobie na tyle, by znajdować się w tak bliskim położeniu z Allie, gdzie dystans pomiędzy ich ciałami nie miał jak nabrać rozpędu. Nie przywykł do znajdowania się w pobliżu Hammond bez możliwości dotknięcia jej nawet niewielkim ruchem dłoni; ich związek był relacją niezwykle fizyczną i nie chodziło jedynie o seks; po prostu ich ciała przywykły do stałego kontaktu jakim było trzymanie się za dłonie, obejmowanie, bądź zwykłe siedzenie obok siebie, bez centymetra przerwy pomiędzy nimi. Mógł bez patrzenia na roleksa znajdującego się na jego lewym nadgarstku odliczać sekundy do chwili wykonania jakiekolwiek gestu, za który, jak miał nadzieję, nie będzie musiał słono zapłacić. Cała ta sytuacja przypominała mu oglądanie filmowego wypadku samochodowego, w którym widz już wie, że od katastrofy bohaterów dzielą jedynie sekundy. Rutherford nawet nie walczył ze sobą, bo wiedział, że już przegrał, podjął decyzję. Liczył jednie, że winda ruszy zanim zabraknie im powietrza i uduszą się, ginąc wspólnie jakże romantyczną śmiercią.
Holden zsunął z ramion marynarkę, rzucając ją na podłogę i nie dbając o potencjalne zabrudzenia. W końcu od czego są instytucje pralni? Podciągnął ramiona koszuli do wysokości łokci, a ta napięła się tym bardziej na jego mięśniach; był ewidentnie gotowy do wysiłku fizycznego chociaż Holden sam nie wiedział na czym miałby on polegać, na celu jedynie mając uwolnienie ich z tego cholernego blaszanego pudełka rozmiarami nieco większymi od kartonika zapałek. Wobec braku napływających pomysłów co do sposobów w jaki miałyby doprowadzić do powodzenia tejże misji, oparł się o jedną ze ścian windy. Gdy tylko Allie otwarła usta by wypuścić z siebie kolejne denerwujące go słowa, posłał jej spojrzenie pełne irytacji. Wszystko miało swoje granice, włącznie ze śladowymi ilościami pokładów cierpliwości Holdena. Jasne. Miała prawo czynić mu wyrzuty, uwagi i wbijać bolesną szpilę za szpilą, ale nie mógł już dłużej wytrzymać tej ironii i sarkazmu, które - jak dobrze wiedział - stanowiły jedynie obronną fasadę.
Usuń- Pogratuluj - wycedził przez zęby chociaż wcale nie chciał by to czyniła; złość w zielonym spojrzeniu jego oczu musiała być dosyć silna, bo wyczuł sam, jak musi wyglądać jego własny wyraz twarzy. Kucnął tuż przy Allie, pochylając się w jej kierunku - W końcu tylko o to mi chodziło, prawda? - patrzył jej prosto w oczy, wiedząc, że wkrótce ze słowami, które zamierzał wypowiedzieć będzie zmuszona odwrócić wzrok - Byłaś jedynie świetną zabawą, Hammond. Półśrodkiem. Teraz kiedy cel został osiągnięty, a ja dostanę rozwód znowu będę wiódł życie kawalera. Tak więc pogratuluj mi; nowego życia, wolności i przede wszystkim tych panienek, które mam zamiar pierdolić do utraty wszystkich sił. To chciałaś usłyszeć?
Zapomniał o centymetrach, które dzieliły teraz ich twarze. Liczyła się tylko reakcja Allie, bo on sam z siebie nie był zadowolony. Nie mogła mu jednak zarzucić, że nie sprowokowała go do wypowiedzenia tego steku bzdur, któremu przed chwilą dał upust. Dobrze wiedziała, że dokonała tego własnoręcznie.
Czasami zdawało się, że Holden należy do ludzi skrajnie opanowanych. Takie przeświadczenie mogło wynikać z postawy jaką charakteryzował się w pracy; był wówczas racjonalistą, który skupiał się na gromadzeniu rzetelnego materiału, sprawdzaniu go i dopiero wówczas wyprowadzał konkluzje i wnioski, oczywiście w oparciu o rozum, a nie emocjonalne pobudki. W życiu prywatnym na pierwszy rzut oka teoria ta potwierdzała się, a pobieżnie dokonana ocena mogła nawet zaklasyfikować Holdena do grupy ludzi wyjątkowo chłodnych, którym wszelakie afekty są obce. Nic bardziej mylnego. Jak to ujęła jego matka, był patologicznym awanturnikiem najgorszego rodzaju - ukrytym. Kiedy bodźce zewnętrzne i impulsy powodowały powstawanie furii, ta zaślepiała go, ograniczała zdolność trzeźwego myślenia, pozwalając na formułowanie argumentów, którymi strzelał niczym z karabinu. Jak alkoholik czuje się usatysfakcjonowany, gdy zobaczy dno kieliszka, tak Rutherford czuł fizyczną niemalże satysfakcję, gdy wygrywał spór. Pewnie dlatego swojego czasu tak dobrze odnajdywał się na sali rozpraw, gotów walczyć do końca, do pierwszej krwi; byleby czysto.
OdpowiedzUsuńTeraz nie było inaczej; dawka adrenaliny została wstrzyknięta do krwi, a trzeźwość umysłu była jedynie wspomnieniem. Nie chciał wypowiadać tych wszystkich beznadziejnych kłamstw, które gdyby przybrałyby postać ostrza, raniłyby płytkimi, ale bolesnymi cięciami. Sprowokowała go i Holden miał nadzieję, że świadomość tego niepodważalnego faktu nie była dla Allie obca. Jej ironia i sarkazm, którymi chciała się bronić, posłużyła mu jedynie za paliwo napędowe. Gdy tylko skończył mówić, nie poczuł się lepiej, wręcz przeciwnie. Przez ułamek sekundy Hammond mogła dostrzec wyraz niemych przeprosin w oczach Holdena; mogła, ale zapewne to w ogóle do niej nie dotarło. Była zaślepiona własnym gniewem i pragnęła własnej zemsty na jego osobie. Policzek, który mu wymierzyła był jednym z tych naprawdę bolesnych. Nie chodziło jedynie o ból fizyczny, przeszywający przez chwilę jego twarz, ale o to jak ugodziła jego dumę. Takie zdarzenie nigdy wcześniej nie miało miejsca; ani w tym związku Holdena, ani w żadnym innym. Poczuł autentyczny gniew, a raczej jego kolejną dawkę; chciało mu się śmiać, ale nie byłoby to wcale wyrazem rozbawienia.
Zanim zastanowił się co robi, chwycił nadgarstek Allie, zamykając w kolejnym bolesnym uścisku. Ten sam nadgarstek, który wykonał ruch by koniec końców wymierzyć mu typowy, kobiecy cios. Nie kwestionował tego, że sobie zasłużył, ale w tej chwili była to ostatnia rzecz na temat której by rozmyślał.
- Nigdy więcej tego nie rób - wycedził przez zęby, nie mogąc sobie poradzić z gniewem, a może czymś zgoła innym, czymś, czego nie potrafił i nie zdążył zdefiniować. Kolejny impuls spowodował, że jakiekolwiek myślenie w głowie Holdena zostało zatrzymane. W akcie pozbawionym zupełnej refleksji, pochylił się jeszcze bardziej w kierunku Allie by ją wreszcie pocałować. Z początku w geście tym nie było nic wielce romantycznego; pocałunek przypominał raczej jedynie formę wyładowania złości; był pełen furii i pozbawiony celu, ale zaraz też Holden odpuścił lekko, pozwalając by jego usta w znacznie bardziej miękki sposób całowały zaskoczone wargi Allie.
Był zepsutym człowiekiem. Do pewnego, głębokiego stopnia, ale nie do szpiku kości. Taką przynajmniej wersję akceptował, gdy ktoś podsunął mu pod nos ocenę jego osoby. Nie czuł nigdy też potrzeby tłumaczenia się czy też usprawiedliwiania swych działań przed kimkolwiek. Z daleka można było jednak wyczuć instynktownie cechy, którymi można było Holdena określić. Miał w sobie coś ze stereotypowego przedstawiciela politycznej klasy wyższej, syna pierworodnego, wychowanka prywatnych szkół. Od zawsze biła od niego pewna arogancja i przekonanie o własnej wartości, może nawet nieco zawyżone niż to. A mimo to, mimo tego wszystkiego - potrafił otworzyć się na Allie. To ona uczyniła go lepszym mężczyzną, potrafiąc jednocześnie wyciągnąć z niego najciemniejszą stronę. Na ogół miała na niego kojący wpływ, zbawienny w chwilach, gdy nie był w stanie poradzić sobie sam ze sobą. Czy zapomniała już o swojej umiejętności do wnikliwej analizy jego zachowania, słów i gestów? Zwykle zanim zdążył cokolwiek powiedzieć, ona już wiedziała. Nie zawsze miała rację, ale i w większości przypadków nie myliła się. Dlaczego uwierzyła w stek bzdur, które wypowiedział w afekcie, w oczywistej reakcji na jej prowokujące słowa? Czyżby chciała wierzyć w najgorsze byleby jedynie go od siebie odsunąć? Nie nadążał za nią.
OdpowiedzUsuńTa chwila cielesnej bliskości w niczym nie pomogła. Zabrała od Holdena resztki trzeźwości. Przed oczyma stanęły mu wcześniejsze zbliżenia z Allie i wiedział, że w tej chwili pragnie tylko jednego. Bazując na wspomnieniach mógł już poczuć nagie ciało Hammond; krągłość piersi, wcięcie w talii, idealnie wypukły wzgórek. W pocałunku naparł na nią jeszcze bardziej, wolną prawą dłonią opierając się o ścianę windy, tuż obok Allie. Pozwolił by jego usta stały się niecierpliwe, a język drażnił się z tym należącym do kobiety. Gdy w sposób zdecydowany odpowiedziała na pocałunek, Holden niemalże poczuł wewnętrzną iskrę, która jasno wskazywała, że Hammond jak zwykle za pomocą odrobiny fizycznego kontaktu była w stanie doprowadzić go do białej gorączki. Nie trudno się domyślić, że poczuł się zwyczajnie oszukany, gdy odepchnęła go od siebie. Tęsknota, którą włożył w pocałunek teraz odmalowywała się na twarzy detektywa; nie potrzeba było specjalnych umiejętności i szóstego zmysłu by się tego domyślić. Rutherford nie odsunął się nawet o milimetr, jedynie wyswobodził nadgarstek Allie z uścisku, który zapewne uległ intensyfikacji w trakcie wstępu do czegoś, co wyglądało na rytualne pożeranie się.
- Allie... - mruknął ochryple, co pewnie było efektem podniecenia, które wciąż posiadało władzę nad jego ciałem. W tonie głosu Holdena można było jednak przede wszystkim usłyszeć bezradność; nie chciał już walczyć, przegadywać się, wściekać i szarpać. Chciał, żeby wróciła. Bo ona czyniła jego egzystencję uprzywilejowanego dorosłego chłopca lepszą, znośną - ... dobrze wiesz, że te słowa były reakcją na twoją nieustanną ironię i sarkazm. Wkurwiłem się i palnąłem głupstwa, nie pierwszy raz przecież - urwał.
Nie chciał się już usprawiedliwiać nawet z rzeczy, które dla niego były oczywistością. Co, jeśli po raz kolejny mu nie uwierzy, w tej obecnej minucie nie mając podstaw ku decyzji, która by go znowu zraniła. W tym natłoku myśli mieszało już mu się wszystko; pragnienia, wyrzuty i wspomnienia, także z dnia oświadczyn, gdy uznał, że podejmuje najbardziej ryzykowną, ale i najlepszą decyzję w swym życiu. Alaska, weekend w domu przy samym jeziorze. Allie powiedziała wtedy, że od tej ciszy i zapachu lasu można było zwariować. Pamiętał pieprzone szczegóły.
- Pozwól mi się odzyskać.
Once a cheater, always a cheater. Tak mawiała pani Rutherford po kilku kieliszkach wina, gdy udzielała swej jedynej córce życiowych wykładów. Josie jak najbardziej zasługiwała na takie pogadanki, kwieciście zdobione tym i podobnym mu aforyzmami; miała beznadziejną tendencję do pakowania się w relacje z niewłaściwymi mężczyznami. Ona i Holden stanowili pewne wyjątki w rodzinie, nie byli bielą i czernią, a szarością. Czymś niejasnym i właśnie na swój sposób niewłaściwym. Być może matka Holdena miała rację stwierdzając, że mężczyzna dopuszczając się raz zdrady na ukochanej kobiecie, uczyni to kolejny raz i następny... Było w tym pewne przekraczanie granicy i milczące przyzwolenie. Gdyby Holden próbował się wybronić, że on w przeciwieństwie do reszty facetów nie jest potwierdzeniem tej reguły, żadna z kobiet by mu nie uwierzyła. Nawet ta przedstawicielka płci pięknej, która byłaby najmniej odporną na jego urok osobisty. To nie zadziałałoby nawet wtedy, gdyby poparł się sensownymi i racjonalnym argumentami jak ten, że w małżeństwie z Anną nie był szczęśliwy, a samemu związkowi ciężko było przypisać cechy tej szczególnej więzi pomiędzy kobietą i mężczyzną. To wciąż nie było zielone światło by uczynić, to co uczynił. Ale w przypadku Holdena i Allie w grę wchodziły uczucia. A to zmieniało postać rzeczy.
OdpowiedzUsuńZnowu czuł, że nie odejdzie z tarczą, lecz na tarczy. Tu nie chodziło o ripostowanie każdego słowa, które padało z ust Allie. O wadze jego kłamstw, ich wpływie na ich związek, decyzji, którą podjęła i wreszcie jego braku umiejętności pogodzenia się z faktami mogliby dyskutować godzinami. Punkt dla niej, punkt dla niego. Miał dość, bo odnosił wrażenie, że całą prawdę już wyznał, a na chwilę obecną była to jedyna opcja by dotrzeć do Hammond. Gesty i błagania zdawały się nie robić na niej większego wrażenia. Na pewno nie takiego by mogła zrezygnować z ironii i sarkazmu, co już wcześniej udowodniła.
- Jeżeli uwierzyłaś w moje słowa, bo tak brzmiałby człowiek, którego znałaś to mogłoby oznaczać, że ten człowiek wcale Cię nie kochał. Dobrze wiesz, że to się nie trzyma kupy - nie mógł powstrzymać się od tej uwagi, bo logicznie te dwie rzeczy nie współgrały mu ze sobą. Nawyki wyniesione z sali rozprawy nigdy nie były łatwymi do porzucenia. Holden wyprostował się, gdy winda ruszyła i w milczeniu przyjmował jej kolejne słowa, oczywiście z automatu odrzucając ich znaczenie, jeszcze zanim dotarłyby do mózgu i tam siały zamęt. Większego niż ten już posiadany nie potrzebował.
Nie wysiadł z windy. Pojechał do siebie na górę; jaki sens miała kawa, gdy szedł po nią tylko dlatego, żeby towarzyszyć Allie...? Podkurwiony, do końca dnia odpowiadał półsłówkami, a gdy wreszcie napatoczył się godziwy towarzysz, Rutherford zaproponował wieczorne wyjście by upierdolić się w sposób zupełny, ale kulturalny.
Godzina druga w nocy nie była dobrą na niezapowiedziane wizyty. Zwłaszcza u byłej narzeczonej. Cóż, kurwa, skoro chciała być nazywana byłą, tak kurewsko chciała to proszę bardzo - zdobył się na to! Co prawda, działo się to tylko w jego głowie, ale sprawiało Holdenowi niewysłowioną satysfakcję. Gdy taksówkarz mruknął w chęci nawiązania kontaktu ile Rutherford w siebie wlał alkoholu, ten nie zdołał sobie nawet tego faktu przypomnieć. Chciał zawsze podawać rzetelne informacje, nawet jeśli był pijany w sztok. Gdy samochód usług przewozowych zatrzymał się pod budynkiem, w którym mieszkała Allie - poczuł ulgę. Wysiadł z taksówki, rzucając na siedzenie grubo przesadzony zwitek banknotów. Szczęśliwy dzień dla pana taksiarza!
UsuńHolden chwiejnym krokiem pospieszył ku drzwiom wejściowym, wykorzystując sytuację, gdy młoda dziewczyna wyprowadzała psa na spacer. Miał właściwie przystanąć i zagadać do zwierzęcia, ale poczuł, że jeśli nie pokona schodów prowadzących do mieszkania Hammond to nie uczyni tego nigdy. Ruszył więc przeskakując co dwa stopnie. Właściwie nie był najebany. Nie do stopnia, w którym nie kontrolowałby swojego ciała prowadząc do zupełnej dewastacji gdzieś w łazience. Z całą pewnością był jednak klasycznie zalany, czemu dał wyraz podchodząc do drzwi mieszkania Allie, tak znajomych. Cztery uderzenia pięścią, dwa kopniaki. Właściwie nie mógł wyłapać czy w tym co robił był jakiś rytm, ale zdecydowanie sprawiało mu to przyjemność. Rozejrzał się po korytarzu. Kurwa, budynek mieszkalny Allie. Co go podkusiło...? Aha. Kumpel poszedł z wizytą towarzyską do swej kochanki, a on został wystawiony do wiatru. Rutherford również zatem zamierzał złożyć towarzyską wizytę swojej KOCHANCE. Kolejne dwa kopniaki i cztery uderzenia. Spała czy jak? Kolejna seria dla potwierdzenia swojego przybycia nastąpiła po poprzedniej.
- To ja - mruknął całkiem do siebie, rozważając opcję odpoczynku na stopniu schodów, bo nie chciało mu się stać, ale się poddał. W każdej chwili mogła otworzyć drzwi. Chciała Holdena, którego znała? Kurwa, proszę bardzo, tylko niech otworzy te skurwiałe drzwi.
OdpowiedzUsuńWreszcie otwarła drzwi. Holden myślał, że już nie doczeka tej chwili, oparty o framugę. W przerwach pomiędzy regularnymi uderzeniami i kopniakami w jej drzwi nawet przez chwilę zastanowił się, że może faktycznie zachowuje się w sposób nieodpowiedni i zbyt głośny. Alkohol jednak miał to do siebie, że siał ogromne spustoszenie w głowie Rutherforda, gdzie jedna absurdalna myśl była zastępowana kolejną, z reguły jeszcze gorszą. Pewnie to one doprowadziły go do tego miejsca, gdzie w środku nocy dobijał się do drzwi swojej BYŁEJ. Była, była, była. O co w tym wszystko chodziło?
Uśmiechnął się nieznacznie, gdy drzwi otarły się i stanęła w nich Hammond. Przez moment widział na jej twarzy zaskoczenie, ale wykazała się refleksem, który pozwolił jej na błyskawiczną ocenę sytuacji. No niesamowite! Pił. To znaczy nie w tym momencie, ale wcześniej tego wieczora. Czy ktoś wymazał jej pamięć? Widywała go już wcześniej w takim stanie. O co w tym wszystkim chodziło? Holden pokręcił głową z dezaprobatą, nie mogąc wydobyć z siebie słowa, gdy stała przed nim taka śliczna. Był naprawdę piękną kobietą, jak mógł to spierdolić? Myśl za myślą, każda bardziej pijana od poprzedniej przemierzały głowę Rutherforda zanim wykonał krok w przód, który w jego stanie był dosyć ryzykownym. O dziwo wszedł, a nie wtoczył się do mieszkania pani psycholog.
- Co tak ciemno? Chyba nie spałaś? - skomentował w półmroku brak światła, gdy wreszcie udało mu się zamknąć za sobą drzwi i wygrał walkę z kluczem, który nie chciał współpracować. Chryste, gdzie tu był ten pierdolony włącznik światła? Dłoń Holdena po omacku wędrowała po powierzchni ściany, gdzie wreszcie natrafił na wypukłość włącznika. Z radością typową dla kilkuletniego dziecka zapalił światło.
- Allie, Allie... moja mała Allie - mruczał w pijackim ciągu, właściwie tracąc orientację, gdzie właściwie znajdowała się w tym momencie jego BYŁA partnerka. Holden rozejrzał się po mieszkaniu, podchodząc do okna i wyglądając przez nie. Całkiem przyjemna ta okolica. Nie wiedział ile czasu stracił na kontemplację pejzażu; może było to kilkanaście sekund, a może wręcz przeciwnie - minuty. Zapomniał co chciał jej powiedzieć i jaki cel miała jego wizyta tutaj. Bezradnie przysiadł na szerokim parapecie, próbując dojść do tej kwestii, gdy przypomniało mu się, że wspominała coś o kanapie. Co to było, do kurwy nędzy? Czy następnego dnia była sobota? Bo jeśli nie to miał przejebane; rankiem wciąż będzie jeszcze dogorywał w nim wypity nocą alkohol i zdecydowanie nie nadawał się do pracy.
- Co dzisiaj jest? - zapytał, nagle uświadamiając sobie, że od jego przyjścia wcale nie minęło tak wiele czasu i Allie patrzy na niego od progu z czymś, co wydawało mu się być odrobiną pobłażania i z całą pewnością irytacji - Nieważne. Powiedz mi: mam Ci pogratulować czy współczuć powrotu do stanu panieńskiego?
O chuj. Mógł sobie darować. W sumie nie chciał wcale tego mówić, nie chciał parafrazować jej słów z windy, które wcześniej tego dnia doprowadziły go do szału. Musiały wciąż zadrą tkwić gdzieś w nim skoro upicie popchnęło do bezsensownego pierdolenia tego typu. Wbił dłonie zaciśnięte w pięści do kieszeni spodni. Nowy nawyk? O tym, że już żałował wypowiedzianych słów mogły świadczyć jedynie do bólu zaciśnięte szczęki i mięsień drgający w twarzy. Był wciąż głupim chujem. Starym, ale głupim.
Ten komentarz został usunięty przez autora.
OdpowiedzUsuńNie wykazał się rozsądkiem zjawiając tej nocy u Allie w stanie tak bardzo wskazującym. Gwoli ścisłości - nie był w porządku za każdym razem, gdy upijał się do poziomów, których ona nie tolerowała. Zwykle miał na względzie przeszłość Allie, nałóg jej matki i całą związaną z tym historię. Czasami w wyjątkowych sytuacjach ciężko było mu nad sobą zapanować i ta noc jedynie potwierdziła niechlubną regułę. Jedyne czego zawsze pragnął w związku z Hammond to stawanie się lepszym człowiekiem, co też zamierzał czynić przez bycie dla kobiety bezwarunkowym wsparciem i stawianie sobie za cel przede wszystkim jej dobra. Gdzieś po drodze bez wątpienia się pogubił, ale nie oznaczało to, że należy odebrać mu wszystkie potencjalne szansy i przekreślić możliwość powrotu na tę właściwą ścieżkę.
OdpowiedzUsuńOdczuł niesamowitą ulgę, którą był w stanie rozpoznać nawet w tej chwili, gdy jego świadomość i swoboda podejmowania decyzji była zdecydowanie zaburzona. Był zadowolony, że nie zareagowała na idiotyczną zaczepkę poczynioną w ramach nieświadomego pragnienia odwetu. Jak zwykle okazała się być lepszą od niego, przypominając mu o tym, jak cudownym stworzeniem w istocie była. Nagle w mózgu Rutherforda wezbrała fala wspomnień, również o licznych dyskusjach jakie ze sobą prowadzili na tematy, które wcale nie dotyczyły ich związku. Kiedyś niemalże przestali się do siebie odzywać, gdy ona zajęła całkiem przeciwne stanowisko na temat tego, czy powinno się dofinansowywać żebraków i bezdomnych. Allie była po prostu dobra. Pod każdym względem. Holden wyraźnie czuł, że wzbiera w nim pijackie rozrzewnienie, gdy obserwował jak kobieta przynosi poduszkę i koc, pozostawiając je następnie na kanapie. Oglądał jej postępowanie niczym w zwolnionym tempie ze swego miejsca przy parapecie. Miała rację. Jego reakcja była spóźniona o dobre kilkanaście sekund. Pewnie dlatego dotarł do sypialni Allie jakiś czas po niej. Minuta? Mniejsza.
Cóż. Jak wielkie musiało być zaskoczenie Allie, gdy za nią przyszedł do kolejnego pokoju? Podejrzewał, że żadne. Popchnął lekko uchylone drzwi, spodziewając się Hammond w łóżku, w którym on sam sypiał niejednokrotnie. Nie mylił się; kobieta jednakże nie leżała, za wszelką cenę usiłując przywołać sen, czego właściwie oczekiwał jego pijacki umysł. Trzymała na kolanach jakieś pudełko, przeglądając jego zawartość. Co to było? Holden zmrużył oczy, ale poddał się wobec trudności jakie sprawiała mu tej nocy komunikacja z własnym umysłem. Pokonał dzielący go od łóżka dystans w zaskakująco sprawny sposób całym swym ciężarem rzucić się na miejsce tuż obok Hammond.
- Dzisiaj tu śpię - oznajmił, bo przecież nawet w trzeźwym stanie formułowanie próśb nie było w jego stylu... Rutherford uśmiechnął się przy tym szeroko uśmiechem whisky i wódki, a dłoń niemalże zupełnie bez udziału jego woli wyruszyła na poszukiwanie wolnej dłoni Allie. Gdy wreszcie ją odnalazł, bez zastanowienia chwycił ją. Cóż, jeżeli nie był dotychczas pewien co go tu sprowadzało - już wiedział. To musiało być to.
Przede wszystkim byli swego czasu szczęśliwi, prawda? Ani on, ani ona nie mogli zaprzeczyć tej niepodważalnej prawdzie. Weszli w związek zupełnie spontanicznie, bardziej z początku stawiając na romans; w naturalnej zupełnie kolejności zachłysnęli się sobą, zaczynając spędzać ze sobą nie tylko noce, ale i dnie. Holden pragnął poznać Allie w każdym aspekcie. Interesowało go więc jakie książki lubiła czytać, skąd pochodziła, co uważała na dane tematy, czy miała poglądy polityczne, a jeśli tak to jakie... obok seksu, rozmowa była jednym z dwóch kluczowych elementów ich związku. Może tym różnił się od wszystkich uprzednich Rutherforda, gdzie zawsze czegoś brakowało. Allie była przecież od niego znacznie młodsza; różnica wieku pomiędzy nimi nie była przesadną, ale powodującą, że ich związek zyskiwał na tym pewnych kolorów, nowych wymiarów. Z zewnątrz rzeczywiście niekoniecznie wyglądało to tak dobrze. Żonaty mężczyzna, młodsza kobieta - najbardziej klasyczny ze wszystkich klasycznych scenariuszy, który można było dostrzec wszędzie; telewizji, gazetach i kinie. Klisza. Tylko oni, ograniczając się przez długi czas do życia tylko w ich dwuosobowym świecie, od czasu do czasu czyniąc podróże do innych, wiedzieli, że było inaczej.
OdpowiedzUsuńMusiał ją odzyskać, bo jego plany nie uległy przeobrażeniu. Wciąż pragnął by została jego żoną, chciał ją przedstawić rodzinie i wreszcie założyć z nią swoją własną. Dobrze wiedziała, że nikt nigdy wcześniej nie wywoływał w nim instynktów, które nakazywałby refleksję chociażby nad tematem posiadania dzieci. A oni wspólnie uznali, że jest to pewna oczywistość, która będzie prędzej niż później stanowiła element ich przyszłości. Wszystko to musiała mieć na względzie jeżeli kiedykolwiek zamierzała dać mu kolejną szansę, bo to pozytywy ich trzyletniej relacji rzutowały dobre światło na osobę Holdena.
Gdy tylko pozwolił ciału opaść na łóżko, poczuł jak ogarnia go typowe zmęczenie, nieodłączny kompan zbyt dużej ilości alkoholu. Walczył z nim jak tylko mógł. Podniósł się do pozycji siedzącej, gdy wróciła do sypialni z narzędziami, które zapewne miały go pozbawić tego wszechobecnego zapachu whisky wymieszanej z wódką. Holden roześmiał się, przecierając oczy dłonią. Dlaczego nie był zaskoczony? Cóż, może dlatego, że nadal był pijany...?
- Dla Ciebie udam się do łazienki by tam w sposób cywilizowany dokonać niezbędnej operacji - wymruczał, z rosnącym rozbawieniem obserwując żelazny mur z pierza, który zbudowała na samym środku łóżka - Buty też zdejmę - przyrzekł, zsuwając ze stóp trampki, które nosił rzadko. Zwykle przecież miał na sobie garnitury bądź mniej formalne, ale wciąż niezbyt wyluzowane ciuchy. Zabrał z szafki nocnej kubek z wodą i płyn do płukania ust i udał się do łazienki, gdzie z radością odkrył obecność swojej zapasowej szczoteczki do zębów, z której uczynił pożytek. Z lustra spoglądały na niego nieco podkrążone oczy i własne odbicie wydawało mu się nader zabawne z niewiadomych, ale oczywistych dla wszystkich poza Holdenem przyczyn. Chryste. Co z nim było nie tak i gdzie należało szukać źródła tego spierdolenia? Czy było tak głęboko, że nie mógł sam do niego sięgnąć? Czy wchodził już w etap trzeźwienia? Nie... na to zdecydowanie było za wcześnie.
Po chwili był znowu w sypialni od progu ściszonym głosem nawołując jej imię w celach sprawdzenia czy Hammond śpi. Niezbyt zadowolony pomruk oznaczał tylko jedno. Holden ponownie rzucił się na łóżko, które jęknęło w reakcji na jego ciężar. Celowo i głośno uklepał wzniesiony pomiędzy nimi poduszkowy mur.
- Allie? Hammond? Allie Hammond - Rutherford? Czy może Allie Rutherford? - pozwolił sobie na przedłużający się wstęp, szczerząc w ciemnościach zęby. W tej chwili mało kto dałby mu skończone trzydzieści sześć lat, kurewsko odpowiedzialne stanowisko w tajnej agencji i skończone prawo na najlepszym uniwersytecie świata - Przyznaj, że w windzie Ci się podobało. Przyznaj, że chciałabyś to powtórzyć.
UsuńCóż, nie było wątpliwości kto z ich dwójki z całą pewnością chciałby powtórzyć to i wiele więcej. Na załączonym obrazku dokładnie było widać kto miał problem z cnotą umiaru, a raczej jej brakiem.
Nigdy wcześniej w swym życiu Holden nie zastanawiał się nad posiadaniem dzieci. Uznawał to za pewną oczywistość, pochodząc z ogromnej i głośnej rodziny, ale jednocześnie sądził, że jest to rzecz, którą należy odsunąć w czasie najbardziej jak się da. Nie kierowały nim przy tym żadne egoistyczne pobudki, a jedynie przekonanie, że kluczem do pierwszych drzwi prowadzących do szczęścia jest kariera. W związku z czym przeczuwał, że zapewne będzie miał kogo zabierać na doroczne wielkanocne poszukiwanie jajek na trawnikach Białego Domu, ale później niż wszyscy inni. A potem poznał Hammond i wszystko zaczęło wyglądać inaczej. Również pamiętał tamten wieczór i niepewność, która towarzyszyła Allie przy formułowaniu pytania o jakże kluczową, a dotychczas pomijaną przez nich, kwestię. Holden przyciągnął wtedy do siebie Hammond, sadzając na kolanach i wyjaśniając, że jest jedyną kobietą na świecie, którą widzi w roli matki swych dzieci. Tamtego wieczora zrozumiał coś jeszcze. Coś, co dotychczas przyjmował jako obcy sobie do pewnego momentu sentymentalizm, okazało się być miłością w wydaniu, którego nigdy wcześniej nie znał. Zdecydował się poddać temu uczuciu mimo początkowej irytacji, że obnaża się przed Allie, burzy wybudowany wokół siebie mur, który był typowym dla niego.
OdpowiedzUsuńWciąż wierzył, że kiedyś będą razem. Włącznie z wyżej wspomnianymi dziećmi. Może to alkohol wpływał na pewność owego przekonania, ale Rutherford czuł się dzięki temu lepiej niż kiedykolwiek wcześniej w ciągu tych cholernych dwóch tygodni.
- Tak myślałem - skomentował odpowiedź Allie, obracając się na prawy bok by mieć lepszy widok na kobietę; pomógł sobie uklepując kolejny raz poduszki. Senność z różnym natężeniem napływała do niego i odpływała, ale mimo to nie wciąż nie czuł się na tyle zmęczony... - A co jest złego w moim nazwisku...? - zapytał czysto retorycznie byleby gadać. Nie wymagał od Hammond odpowiedzi na to pytanie, gdy oczekiwał aż wzrok przyzwyczai mu się do ciemności i wyostrzy znajdujące się w sypialni obiekty. Zabawne, bo gdy tylko zamykał oczy widział to pomieszczenie dokładnie tak jakim było w rzeczywistości. Pamięć fotograficzna nigdy go nie zawodziła. W mroku wpatrywał się w lekko zarysowaną sylwetkę Hammond i nie dowierzając, że znowu jest tak blisko, nie mogąc pozwolić sobie nawet na pół gestu, jeżeli nie chciał zostać wykopanym z łóżka. Dał upust swej frustracji w postaci głośnego, ciężkiego westchnięcia.
- To może chociaż pocałunek na dobranoc?
W przypadku Holdena odczuwane rozbawienie mogło być kwestią dwóch rzeczy: wypitego alkoholu, albo reakcji na nadmiar stresu. Był jednym z tych pierdolniętych ludzi, którzy w nerwowych sytuacjach śmiali się i nie miało to nic wspólnego z radością. Dlatego też, gdy poziom stresu w życiu Rutherforda przekraczał pewne stężenie, wiele rzeczy wydawało mu się nader zabawnymi i nie trzeba było dodawać, że w normalnych okolicznościach nie bawiłyby go wcale. Był obecnie w chwili domykania ważnego śledztwa; wypijał zbyt wiele czarnej kawy i nie było przy nim Allie, która dolewałaby mu mleka, gdy tylko odwracał wzrok; ślęczał nad aktami i protokołami z przesłuchań całe noce i nikt nie stawał na progu salonu jego mieszkania by wytknąć mu późną porę i zagonić do łóżka; palił papierosy z regularnością, która od wieków była mu obca, no i przede wszystkim był sam. Wszystkie te okoliczności mogły mieć wpływ na jego system nerwowy.
OdpowiedzUsuń- Co nie jest aktualne? - Holden warknął szybko, co zaskoczyło jego samego. Jeżeli to nie był dowód na proces trzeźwienia, który w nim zachodził, to co mogło nim być? Reakcja była przecież zaskakująco szybka, zbyt szybka jak na pijanego w sztok faceta. Dobrze wiedział do czego odnosiły się jej słowa, ale jeszcze wstawiony mózg nakazał mu upewnić się, a może wręcz przeciwnie - wszcząć kolejną kłótnię. Sam nie wiedział.
Owszem. Nigdy nie rozważali kwestii nazwiska, albowiem Holden nie uznawał jej za kluczową. Jasne, chciał by Allie nosiła jego nazwisko, ale uszanowałby jej przeciwną decyzję. Nie były to sprawy warte kłócenia się i tracenia energii, bo w ich przypadku każda sprzeczka rozpoczynająca się z jednego powodu, mogła doprowadzić do awantury dotyczącej w ogóle czegoś innego. Mieli takie w swoim dorobku.
Wolałby cierpieć tortury niż się do tego przyznać, ale był kurewsko zagubiony. Z jednej strony pragnął walczyć do utraty sił, z drugiej wolał zawierzyć sprawy ich naturalnemu biegowi. Raz wiedział, że Allie wyraźnie akcentuje ich separację i swoje przekonania co do ich sytuacji, zaraz potem o tym zapominając by wkurwiać się jeszcze bardziej. Do czego to wszystko prowadziło...?
- Jasne. Zapomniałem, że nie jesteśmy razem - ostatni raz z nowym napływem złości uderzył w dzielące ich poduszki; senność minęła bezpowrotnie, zastąpiona chęcią walki. Holden poklepał się po kieszeniach spodni w poszukiwaniu papierosów, ale te, ku jego rozczarowaniu, musiały pozostać na siedzeniu taksówki. Ja pierdolę. Zupełnie jakby zaślepiony dawnym rozdrażnieniem, zignorował kolejne uwagi Allie, rozbawienie brzmiące w jej głosie i całą resztę pozytywów, które powinien był wyciągnąć z tej sytuacji jako pierwsze. Chryste. Był pewien, że kiedyś się przez nią wykończy.
Podniósł się z pozycji leżącej do siedzącej, rozważając wyjście z sypialni. Mógłby się przecież najebać jeszcze bardziej. Spojrzał na Hammond z niechęcią; naprawdę nie zdawała sobie sprawy z tego jaką władzę nad nim posiadała...? Jak sobie to tłumaczyła? Że wciąż jej nie kochał, a takie zidiocenie brało mu się z powietrza? Musiał ją chyba uświadomić w kilku kwestiach.
Dochodziła trzecia w nocy. Holden o tej porze najbardziej odczuwał bolesny brak paczki papierosów, która z całą pewnością pomogłaby mu w rozładowaniu niepotrzebnej irytacji. Wyszedłby do salonu mieszkania Allie by w oknie wypalić jednego, może dwa pety i powrócił do sypialni z zupełnie nowym podejściem, a może i spokojem, który pozwoliłby mu na położenie się do łóżka i sen. Wracał do nawyku, o którym w sposób naiwnie pewny myślał, że jest już pokonanym. Allie za jego rzadkim, ale regularnym podpalaniem papierosów również nie przepadała. Potrafiła być wyrozumiała do granic możliwości, ograniczając się jedynie do nieprzychylnych spojrzeń względem Rutherforda. Była też ta druga Hammond - szukająca zaczepki do konfliktu nie dla niego samego, ale z powodu tego zwyczaju szukania problemów tam, gdzie ich nie było. Na całe szczęście szybko zdołali akceptować swoje wady, rozwijając w sobie wyrozumiałość, która dotychczas była dlań obca. Przynajmniej dla Holdena.
OdpowiedzUsuńZnowu prędko pożałował swojej reakcji. Czasami wciąż zbyt szybko mówił i dopiero potem zastanawiał się czy w ogóle należało podejmować ryzyko w pewnych przypadkach. Była to jedna z ogromnych słabości Holdena, których za wszelką cenę chciał się pozbyć i im bardziej pragnął to uczynić, tym bardziej nie potrafił. Tak jak kilkanaście minut wcześniej w salonie to on sprowokował sytuację o podwyższonym ciśnieniu swym pytaniem, które ona na całe szczęście postanowiła zignorować, tym razem przyczepił się do kolejnej kwestii, mogącej stać się zapłonem kolejnej bomby. Allie postąpiła właściwie nie dając się wciągnąć w kłótnię, ale czuł, że była u granic wytrzymałości. Zdecydowanie o tym mogła świadczyć jej reakcja; uderzenia poduszką i krzyk. Stara, dobra Hammond i jeszcze gorszy Rutherford. Cóż. Chyba nie należało dodawać, że jego cierpliwość skończyła się na dobre jeszcze w windzie, gdy pierwszy raz podniosła na niego rękę. Dotykając miejsce uderzenia Holden wciąż mógł poczuć nieznaczne pieczenie. Płeć słabsza. Jasne, w bezpośrednim pojedynku chociażby siłowania się na dłonie, Allie nie miałaby najmniejszych szans. Jednakże gdy należało przypierdolić mógł w przyszłości być pewien, że włoży w to całą posiadaną siłę i energię. Przez chwilę rozważał możliwość oddania jej poduszką, ale wciąż nie czuł odpowiedniego rozbawienia by to uczynić. Wykorzystał więc sytuację, gdy znowu się położyła, co z jej strony nie było przemyślanym posunięciem. Holden dokonał niespodziewanego zwrotu, częściowo przygniatając ją ciężarem swojego ciała, a jego dłonie szybkim gestem powędrowały do jej nadgarstków, oczywiście zamykając je w ciasnym uścisku. Tak zniewolone ręce Hammond ułożył po obu stronach jej głowy, przyciskając do materaca łóżka i z satysfakcją czyniąc z niej swoją ofiarę.
- Chyba nie muszę Ci przypominać jak skończył się ostatni raz, gdy mnie uderzyłaś - mruknął, pochylając się nad Hammond i jeszcze bardziej skracając niewielki dystans pomiędzy ich twarzami; wpatrywał się w nią oczami, w których dopiero teraz mogła dostrzec odrobinę rozbawienia; złość powoli go opuszczała - Sądzisz, że gdybym naprawdę miał wybór to bym wyszedł? - nie musiał chyba uściślać, że takiej swobody podejmowania decyzji nie miał i było to spowodowane uczuciem, którym ją darzył, a któremu mogła próbować odebrać wszelkie cechy autentyczności, nie mogąc mu koniec końców ostatecznie zaprzeczyć. Holden był przekonany, że w głębi duszy zdawała sobie sprawę, że ją kocha n a p r a w d ę i niezależnie od tego co uczyni, zawsze będzie. Było niewiele rzeczy, które mogłyby spowodować zmianę w nim, zmianę doprowadzającą do wyrzeczenia się bądź też wygaszenia pewnych uczuć. Według niepisanej księgi honoru Rutherforda były rzeczy, których wybaczania nawet on się nie domagał.
OdpowiedzUsuńZ rosnącym rozbawieniem przyjmował jej początkowe próby uwolnienia się i wyswobodzenia ze śmiertelnego uścisk, który jej zafundował. Z każdą kolejną przyciskał ją znacznie mocniej do materaca, za wszelką cenę starając się zachowywać powagę, nawet nie pamiętając o wcześniejszym wybuchu złości. Była to niewątpliwa zasługa uśmierzających wartości alkoholu, ale także samej natury usposobienia Holdena; nigdy nie potrafił zbyt długo wściekać się na Hammond. Zwykle przełamywał spowijającą ich ciszę, która wynikała z konfliktu, jakimś głupim tekstem czy niespodziewanym gestem. To był najlepszy sposób wedle rozumowania Holdena; nie wymagał zbyt wielkiego wysiłku i przede wszystkim nie obejmował dyskomfortu, który odczuwał za każdym razem, gdy miał się przed kimś kajać. Był dorosłym człowiekiem, ale w wielu aspektach cechowała go impulsywność i dziecinność. Jego matka nieprzerwanie wierzyła, że to niegdyś minie i potrafiła wytrwać w tym stanie przez długi, długi czas... do momentu, gdy nie dostrzegała swego męża, tarzającego się w trawie z synami w jednej z rozgrywek futbolu. To musiała być kwestia genów.
- Chciałabyś - mruknął wprost do jej ucha, gdy pokonał Allie w kolejnej próbie uwolnienia się; dobrze zdawała sobie sprawę, że z ich dwójki to rzeczywiście on był tym bardziej nastawionym na wysiłek fizyczny, bez którego nie wyobrażał sobie życia. Wynikało to znowu z wychowania, gdyż sport był niemalże wymaganą dziedziną u Rutherfordów, ale Holden dopiero gdy dorósł, zaczął czerpać prawdziwą przyjemność z wysiłku fizycznego. To była idealna równowaga dla ciężkiej pracy umysłowej w agencji i wcześniej na salach sądowych - Jestem idealny.
Nie było to najbardziej skromne stwierdzenie na świecie, ale Allie przywykła do tego typu uwag. Nie omieszkała mu również przypominać jak szczerze nienawidziła go z początku, uważając za aroganckiego i zdecydowanie zbyt pewnego siebie dupka. On zwykle odpowiadał argumentem, że nie widzi nic złego w dostrzeganiu własnej wyjątkowości i znajomości wartości swej osoby. Na tej płaszczyźnie na przestrzeni czasu niezbyt wiele się zmieniło.
Roześmiał się na jej uwagę o dobroci i przytuleniu. Był to dźwięk, który zaskoczył przede wszystkim jego samego. Od dwóch tygodni nie miał zbyt wielu okazji do takich wyrazów wesołości, a śmiech przypominał raczej szczeknięcia nie mające związku z radością. W obliczu takiej propozycji najpierw poluzował uścisk dłoni by wreszcie zsunąć się z Allie. Położył się ściśle obok, wykorzystując brak muru w postaci poduszki, który własnoręcznie kilka sekund wcześniej obalił. Prawdopodobnie dał jej kolejną nadzieję na sen, gdy tak leżał w milczeniu i nie odzywał się przez dobrą minutę.
- Allie? - wymamrotał w ciemnościach, zauważając, że znowu szczerzył zęby do sufitu; zdecydowanie z jego ośrodkiem nerwowym działo się coś złego - Kocham Cię.
Tak. To jedynie potwierdzało te problemy.
Wahania nastrojów i postaw Holden odczuwał niezmiennie od dwóch tygodni. Było to nowe zjawisko dla niego pod tym względem, że miał wrażenie ciągłej walki prowadzonej z samym sobą. Pragnął zachowywać się inaczej, a kończył mówiąc rzeczy, których nie powinien; wola walki wciąż mieszała się z chęcią biernego obserwowania rozwoju wydarzeń; złość wobec upartości Allie z czułością wobec jej osoby. Okazywało się, że paleta emocji i uczuć, którą w wieku ponad trzydziestu lat uznawał za kompletną wcale taką nie była. Sam nie wiedział czy z jednej strony go to przeraża, czy też fascynuje.
OdpowiedzUsuńJednym z powodów, dla których tak szybko zrezygnował z dalszego odbierania oddechu Hammond przez przygniatanie jej swym ciałem, była właśnie nieistniejąca niemalże granica fizyczności. Z początku nie skupiał na tym swych myśli, ale ciepło jej kobiecego ciała robiło swoje i ta bliskość uderzyła w niego ze zdwojoną siłą. Również i jemu ich położenie przypomniało zgoła inne sytuacje, które miały miejsce w tym łóżku i były do bólu jednoznaczne. Postanowił zsunąć się z Allie, kompletnie sobie nie ufając. Właściwie nigdy tego nie robił w jej obecności, bo wrażenie jakie potrafiła na nim wywrzeć jednym spojrzeniem spod rzęs czy spacerem do łazienki w samej bieliźnie, było porównywalne z tym, gdy pierwszy raz rozebrał ją rozedrganymi z podniecenia rękami. Trudno się więc dziwić, że przez cały weekend potrafił nie wypuszczać jej z łóżka, uzupełniając w skrajnych przypadkach zapasy jedzenia i picia.
Cóż. Nie mogła się dziwić, że przystał na jej propozycję z ewidentnym entuzjazmem, prawda? Czuł się wreszcie na właściwym miejscu, gdy objął ją ramieniem, przyciągając do siebie jeszcze bardziej i układając głowę na poduszce, chociaż wolałby dobrowolnie poddać się w tej chwili zabiegowi kastracji niż przyznać się o tym przed Hammond. Uśmiechnął się w ciemnościach na jej słowa, nosząc się z zamiarem udzielenia odpowiedzi, ale nie mógł znaleźć uzasadnienia dla swych słów, a senność - dotąd odsunięta na boczny plan - powróciła nową falą. Holden zasnął, nie mówiąc już ani słowa więcej tej nocy. To z całą pewnością w niejaki sposób musiało przynieść Allie ulgę.
Nieśmiałe słońce wpadające do sypialni przez okno obudziło Rutherforda. Nie było zbyt jasne i ostre, ale pod jego zamkniętymi powiekami rozbłysło ferią rażących barw w wersji złotej. Chryste. Gdzie on właściwie był? Podniósł się na łokciach, najpierw dostrzegając, że noc spędził w spodniach i szarym t-shircie. Milusio. Spod zmrużonych powiek zbadał pomieszczenie wzrokiem, dochodząc do zaskakującego wniosku, że znajduje się w sypialni Allie. Sam. Jedynie po odciśniętym ciele w pościeli mógł się domyślić, że tę noc najpewniej spędzili razem, ale nie mógł przywołać żadnych szczegółów. Pamiętał, że wyszedł wieczorem na miasto z kumplem z działu; kojarzył taksówkę i dosyć intensywną wymianę zdań z Allie, nie mogąc jednak skojarzyć czego w istocie dotyczyła. Jak bardzo był napierdolony? Gdy tylko zdecydował się podnieść do pozycji siedzącej poczuł zwiastun tragicznego wręcz bólu głowy, objawiającego się niewielkim na razie pulsowaniem w skroniach. Musiał być bardzo napierdolony. I te hałasy. Na litość boską, co ona tam wyprawiała...? Holden zwalczając pokusę pozostania w łóżku na zawsze, podniósł się, gotów stoczyć walkę ze swym najgorszym wrogiem: kacem. Wyszedł z sypialni, przybierając na twarz dziarski wyraz twarzy, który zważając na jego gwałtowną potrzebę wypicia wiadra kawy na przemian z wodą, musiał wypaść nieco komicznie.
- Przepraszam - to były jego pierwsze słowa tego dnia skierowane do Hammond i towarzyszył im niejasny, krzywy uśmiech; zdawał sobie sprawę jak bardzo uciążliwy, a może i przykry musiał być poprzedniej nocy. Gdy tylko zobaczył, że siedzi przy stole z kubkiem kawy, narodziła się w nim nadzieja, że i on dostanie taki sam kubek z taką samą kawą. Byłby to najwspanialszy prezent jaki mógł dostać. Spojrzał na Allie badawczo, gdy zajmował miejsce przy stole naprzeciw niej, usiłując odczytać z jej twarzy jakiekolwiek oznaki irytacji i niezadowolenia. Albo był wciąż pijany, albo niczego takiego nie dostrzegał.
UsuńGdyby nie morderczy kac zapewne i Holden potrafiłby w pełni docenić uroki tej sytuacji. Również on pierwszy raz od dwóch tygodni zasnął bez większych problemów, czynienia sobie wyrzutów, co z czasem przybrało formę rytualnego samobiczowania; tak jakby przy zasypianiu wystarczyła sama myśl, że obudzi się tuż obok Allie. Nawet jeśli nie wydarzyło się to dosłownie, na chwilę obecną wystarczała mu ta pobudka jakiej doznał. Wszystko to przyczyniało się do jakiegoś bardziej pozytywnego nastawienia, którego nie mógł pokrzyżować nawet najgorszy kac świata. Ten dopiero miał nabrać rozpędu w późniejszych godzinach; Rutherford znał ten schemat nazbyt dobrze. Po pijackim zalaniu przebudzał się, czując stosunkowo ogarniętym i najgorsze nadchodziło z każdą upływającą godziną, a upragniony sen nie przybywał, odganiany zbyt intensywnym bólem głowy. Cóż. Za ten swoisty dzień po ludzie mogli mieć pretensje tylko do samych siebie.
OdpowiedzUsuń- Wiem - mruknął lakonicznie w odpowiedzi na komentarz o swoim wyglądzie chociaż oczywiście wcale w ten sposób nie sądził; po prostu całą energię zużył na uśmiech wdzięczności, gdy Allie postawiła przed nim wodę, aspirynę i kawę. W tym momencie był gotów potwierdzić, że była w jego życiu darem zesłanym z niebios, oczywiście poza tymi chwilami, gdy doprowadzała go do białej gorączki i to wcale nie w pozytywnym znaczeniu tego zwrotu. Rutherford połknął tabletkę, popijając ją solidną dawką wody, która również zdawała mu się być w tym momencie swoistym napojem bogów. Dopiero potem upił łyk mocnej kawy. Chwała. Właściwie nie oderwał się od kubka dopóki nie opróżnił połowy, wierząc, że im szybciej wypije gorącą kawę, tym prędzej poczuje się chociaż odrobinę lepiej.
- Dzięki - powiedział, uśmiechając się do Allie; teoretycznie wcale nie musiała przejmować się tym, że najebał się i nie był w stanie wziąć za to odpowiedzialności; nie dość, że go przechowała to jeszcze zadzwoniła do pracy, a Rutherford sądził, że Hammond nie będzie czuła się zobowiązana do podejmowania takich działań. Zmierzył ją wzrokiem dopiero teraz dostrzegając cholerny satynowy szlafroczek i kolejny raz jej ciało stało się dla niego obrazem, który powodował to uczucie zwane potocznie: nie do wytrzymania.
- Masaż? - mruknął, nie odrywając mało subtelnego spojrzenia od ciała Allie, dopiero po chwili przenosząc je na twarz; na moment zapomniał o bólu głowy - Myślę, że znam pewien sposób, który spowodowałby, że ja poczułbym się lepiej i ty z całą pewnością również - dodał, ostentacyjnie przesuwając się z krzesłem w jej kierunku, nie zapominając jednak o kubku kawy, trzymanym w dłoni. Tego poranka zdawał się mieć jasno określone priorytety.
Jeśli założyła, że jej akcje nie wywołają reakcji, a Holden z niewiadomych przyczyn nie da się sprowokować podejmowanym przez Allie działaniom - była w błędzie. Gdyby naprawdę wierzyła w scenariusz, w którym on pozostaje niewzruszony niczym kamienny głaz, musiałaby go nie znać. Inne wytłumaczenie nie istniało. W końcu był tylko mężczyzną, a wszystkie kobiety - włącznie z Hammond - uważały się za ekspertki w dziedzinie przedstawicieli płci silniejszej i ich reakcji. W związku z powyższym odpowiedzi w postaci gestów czy czynów, których dokonywał, były zupełnie przewidywalne. O ile potrafił powściągnąć swoje popędy w skrajnych przypadkach, o tyle nie należał do zwolenników czynienia tego przy każdej możliwej okazji i to dobrowolnie. Być może potrzeby seksualne Holdena wykraczały poza pewne granice normy, ale on oczywiście nie dostrzegał problemu, a jeśli go nie dostrzegał, to ów problem po prostu nie istniał. Ot, prosta filozofia.
OdpowiedzUsuńZ początku ze spokojem obserwował rozchylające się poły szlafroka, pod którym można było dostrzec zarysowującą się krągłość piersi, wciąż pozostawioną w granicach przyzwoitości. Miał ewidentny problem ze skupieniem wzroku na twarzy Allie, ale przez stosunkowo długą chwilę, jak na niego samego, radził sobie dobrze. Wiedział doskonale, że za cel wzięła sobie testowanie jego wytrzymałości, bo czyniła to już wcześniej i nie tylko na początku ich relacji, która wówczas głównie opierała się na fizycznym przyciąganiu i odpychaniu. Cóż, jeżeli chciała go sprowokować to on nie widział powodów, dla których miałby nie pozwolić jej wygrać. Gdy tylko położyła nogę między jego udami, Holden poczuł szybsze krążenie krwi w organizmie. Kac...? Jaki kac? Jednocześnie przybrał na twarz wyraz rozbawienia mogący wskazywać, że słuchał jej słów. Tak nie było. Wyobrażał sobie Hammond w zupełnie innej sytuacji, gdzie szlafrok i jakakolwiek inna część garderoby była wręcz niemile widziana. Typowy poranek w wydaniu Holdena.
Pozwolił jej zabrać nogę i wstać, bo dopiero gdy oddaliła się do kuchni, również podniósł się z krzesła i przeciągnął wszystkie mięśnie, powstrzymując się od ziewnięcia. Dopiero wówczas spokojnym krokiem udał się za Allie, niczym myśliwy deptający po śladach swej potencjalnej ofiary. Dopadł ją przy kuchennym blacie, z początku jedynie drażniąc się z Allie, stając tuż za nią.
- Dobrze wiedziałaś, że nie wtrzymam - mruknął wprost do jej ucha, nie wykonując na razie nawet pół odważniejszego gestu - Dlaczego nie możemy wykorzystać moich silnych, męskich rąk? - dodał, uśmiechając się pod nosem. Na pewnych płaszczyznach bardzo często sprawdzał się jako wolontariusz i teraz również przejawiał chęć zupełnie bezinteresownej pomocy. Wiedział, że i ona posiada swoje granice wytrzymałości, które pomagał jej przekraczać nie tylko przy okazji kłótni. Z całą pewnością radziła sobie z samokontrolą znacznie lepiej niż on.
Wizja zarówno śniadania, jak i udania się pod prysznic, który może odgoniłby resztki snu i alkoholowego upojenia, były nader kuszące dla Holdena. Co z tego jeśli on zapomniał o śnie, kacu i prawdopodobnie całym świecie oraz o korzyściach jakie mogły płynąć z propozycji Allie? Nie mogło nikogo zaskoczyć zachowanie Rutherforda, którego pole widzenia zawężało się jedynie do Hammond i jej kobiecego ciała, za którym przecież szalał. Koncentracja Holdena znacznie osłabła, a jego wzrok błądził, z trudem usiłując skupić się na twarzy kobiety. Natomiast pewne pierwotne pragnienia przybrały na sile i on doskonale wiedział, że dłużej nie będzie radził sobie tak dobrze. Tak. Uznawał, że na chwilę obecną jego samokontrola nie okrywa się hańbą, co mogło się zmienić w ułamku sekundy.
OdpowiedzUsuńNa początku związku, gdy tylko opuścili etap nieustannego pożądania nie zabarwionego niczym więcej, wieczorne rozmowy z Allie odbierał jako przesłuchania; zatajony atak na jego świadomość, umysł, który przechowywał wspomnienia, marzenia i obawy, którymi dotychczas z nikim się nie dzielił. Dla Holdena, który z natury był skrytym i niechętnym do werbalnego ekshibicjonizmu mężczyzną, nie dzielącym się własnymi przemyśleniami nawet z najbliższą rodziną, był to swego rodzaju szok. Z początku odpowiadał monosylabami, Allie się ciskała, że nie potrafi z nią normalnie porozmawiać i ich związek ogranicza się tylko do pieprzenia; wiele czasu zajęło im przysłowiowe dotarcie się, ale gdy wreszcie zaskoczyło, było tak dobrze, że nic dziwnego, iż Holden nie mógł pogodzić się nawet przez sekundę z myślą o utracie Allie.
Z każdym kolejnym gestem Hammond, który jedynie zmniejszał dystans dzielący ich ciała, Rutherford uświadamiał się w przekonaniu, że tęsknił za nią - nie tylko jej ciałem - niewymiernie mocno przez ubiegłe dwa tygodnie. Dlatego pragnął jej tu i teraz, w tym momencie, kuchni; gdziekolwiek byłby mogliby razem w pełnym znaczeniu tego słowa. Gdyby nie ta frustrująca tęsknota zapewne potrafiłby się opanować, z widocznymi trudnościami, ale dałby radę. Ten scenariusz wydawał się być nie do przyjęcia w chwili obecnej. Nic więc dziwnego, że dłoń Holdena powędrowała do jej odsłoniętego uda, gładząc je zdecydowanym ruchem. Uśmiechnął się do Allie.
- Ani jedno, ani drugie - mruknął, pozwalając sobie na pochylenie się w jej stronę i delikatne muśnięcie ust Hammond; o ile poprzedniego dnia w windzie kierował nim nie do końca sprecyzowany impuls, o tyle teraz doskonale wiedział, czego chce i potrzebuje - Chyba, że będziesz mi towarzyszyć pod prysznicem - dodał po chwili, wcale się nie odsuwając. Był na granicy swoich możliwości; czekał jedynie na jeden, niewielki gest dający mu pozwolenie na przystąpienie do ataku.
Reagował na każdy najmniejszy jej ruch znacznie mocniej, gdy ich ciała przylegały ciasno do siebie przy kuchennym blacie. Holden niemalże napierał na Allie, zmniejszając nieistniejący już dystans, jakby mógł przez to wcielić w życie pewne akcje. Jego ciało zdawało się, że oczekuje w napięciu, wrażliwsze na każdy gest Hammond niż kiedykolwiek wcześniej. Dwa tygodnie stanowiły rzeczywiście najdłuższą przerwę od seksu jaką mieli w swym związku i to zdecydowanie podsumowało ich w pewien określony sposób. Nawet nie zdążył zareagować w odpowiedni sposób, wykazując się chwilowym brakiem refleksu, co nie było dla Holdena charakterystyczną cechą. Zwykle odpowiadał w sposób natychmiastowy, niezależnie czy chodziło o werbalne potyczki, czy też określone fizyczne działania. W związku z tym ledwo zdążył opuścić głowę, a Hammond już wyswobodziła się ze strefy ograniczonej swobody ruchów, którą jej zgotował. Rutherford westchnął ciężko. Posłał Allie spojrzenie pełne przesadzonego rozczarowania, odbijając się od blatu w kuchni, o który się opierał, gdy tylko odeszła.
OdpowiedzUsuń- Mam nadzieję, że spełnisz swą obietnicę - powiedział, zatrzymując się na moment przy stole by upić łyk pozostawionej przez siebie tam kawy; zaraz jednakże odłożył kubek i ruszył w kierunku sypialni - Pamiętaj Allie, że każda zmarnowana erekcja doprowadza do braku orgazmu partnerkę przy najbliższym zbliżeniu - wymyślił od ręki dosyć wątpliwą teorię, uśmiechając się pod nosem z własnej głupoty. Zabawne, że w jednej chwili potrafił zapomnieć o całym tym cholernym dramacie, który zafundował ich związkowi, a nawet o kacu, który chwilowo odpuścił, by wieczorem zapewne powrócić ze zdwojoną siłą. W sypialni wysunął ostatnią szufladę komody, w której zazwyczaj znajdowały się jakieś pojedyncze elementy jego garderoby, przeznaczone na wszelki wypadek, który właśnie w tym momencie się ziścił. Był zaskoczony, faktycznie znajdując w komodzie rzeczy, które mógł na siebie wciągnąć po udaniu się pod prysznic. Cóż, chyba spodziewał się, że w szale złości Allie powyrzuca wszystkie jego rzeczy, które stały się elementem jej mieszkania na różne sposoby. Wyciągnął więc pierwsze lepsze rzeczy na zmianę, bezpośrednio udając się do łazienki. Tak. Zrzucając z siebie przesiąknięte barem ciuchy doznał olśnienia, że również i w tym miejscu uprawiali z Hammond seks; z rozbawieniem skonstatował, że zapewne łatwiej byłoby znaleźć powierzchnię i pomieszczenie, gdzie tego nie robili. Pamiętał również ich pierwszy seks, przypominając sobie zdanie z jakiejś książki, że nic nie może równać się z uczuciem, jakiego doznaje mężczyzna rozbierający kobietę po raz pierwszy. Ktoś miał cholerną rację pisząc te słowa. Rutherford spłukał z siebie resztki alkoholowego upojenia poprzedniej nocy, wciąż nie mogąc sobie przypomnieć co opowiadał Allie w pijackim amoku. Wydawało się, że była w zaskakująco dobrym nastroju, więc jeżeli stan ten miał się utrzymywać - Holden postanowił nie drążyć tematu. Celowo przyśpieszył swoje działania byleby nie zdążyła do niego dołączyć, bo jakaś część Rutherforda - być może ta bardziej naiwna - uwierzyła, że Allie spełni swą obietnicę. Wolał jej się zaprezentować w ręczniku zawiązanym nisko na biodrach, co też z radością uczynił. Wolał stawiać na pewniki, a wiedział, że w takiej kompozycji prezentował się kurewsko dobrze.