

so it
doesn't bother you, killing all those people?
well,
I wouldn't be very good at my job if it did
Twoje życie nie było ani dobre ani złe, zawsze monotonnie
neutralne. Twoja matka została potrącona przez pijanego kierowcę,
ojciec zawsze stawiał karierę na pierwszym miejscu, a tobie było
to raczej obojętne, bo nigdy nie łaknąłeś rodzicielskiej miłości
oraz zainteresowania. Potrafiłeś bawić się żołnierzykami sam ze
sobą, czerpałeś przyjemność z wiecznej ciszy pustego domu, a
obecność nowego brata oraz macochy przyjąłeś z właściwą sobie
obojętnością. Właściwie nawet trochę irytował cię młodszy o
sześć lat chłopaczek, z którym od dnia drugiego ślubu swojego
ojca musiałeś dzielić konsolę, boisko do koszykówki oraz
pieniądze na lunch. Nigdy nie byliście rodziną z krwi, a wraz ze
śmiercią Georga Lyncha na jednej akcji, przestaliście być nią
również na papierze, więc dziwisz się, że macocha nadal dzwoni
za każdym razem, gdy jest w mieście i postanawia urządzić
rodzinny obiadek stanowiący najbardziej dziwaczną mieszankę
ludzi siedzących przy jednym stole, jaką tylko można było sobie
wyobrazić. Zapewne dlatego zazwyczaj grzecznie dziękujesz wymigując
się pracą, a później spędzasz kilka godzin przeglądając
internet i nie robiąc niczego konstruktywnego, jeśli oczywiście
rzeczywiście nie jesteś na misji.
Praca stanowi bowiem dziewięćdziesiąt osiem procent twojego życia,
a na pozostałe dwa składają się zakupy w całodobowym
supermarkecie, w którym każdy zna cię z imienia, oraz wychodzenie
na spacery z wyjątkowo głupim psem, który częściej mieszka
jednak u sąsiadki niż u ciebie. Nie przeszkadza ci jednak tak
specyficzny styl życia, bo obserwując ojca – legendarnego niemal
agenta specjalnego – wiedziałeś, że ten człowiek nie ma czasu
nie tylko dla ciebie, ale dla siebie i wszystkich innych również.
Teraz już nie dziwisz się więc temu, że George Lynch potrafił
funkcjonować jedynie dzięki satysfakcji z dobrze wypełnionego
obowiązku, chociaż w porównaniu do niego, nadal skrupulatnie
wykorzystujesz każdy dzień przeznaczonego ci urlopu, niezależnie
od tego jak bardzo Japończycy, z którymi czasem pracujesz, wytykają
cię później palcami. Twój umysł co jakiś czas potrzebuje
odpoczynku.
Problem w tym, że mając w zanadrzu kilka godzin, które możesz
poświęcić na dowolną rozrywkę, za każdym razem spędzasz
dokładnie w ten sam sposób, nawet jeśli wcześniej snujesz
niezwykle kreatywne rozważania co do wielu istniejących możliwości
wykorzystania wolnego. Oglądasz telewizję, uprawiasz
niezobowiązujący seks, czytasz nielogiczne kryminały i jeździsz
po mieście bez wyraźnego celu, bo lubisz obserwować ludzi
chodzących po ulicy. To nie brzmi zbyt ekscytująco jak na życie
prowadzone przez międzynarodowego superszpiega, ale zmiany nie są
ci na rękę.
◄ Liam Harvey-Lynch / trzydzieści pięć lat / agent specjalny ►
Wyrobię się w wątkach, obiecuję, chociaż wolę zaczynać niż wymyślać, o czym z góry uprzedzam.
Można mnie jednak zmusić do tego pierwszego, bo lubię startować z gotowym powiązaniem każdego rodzaju.
[ Zakochałam się, Allie pewnie też, więc może spodziewać się, że Hammond wybuduje mu ołtarzyk.
OdpowiedzUsuńA tak na serio, bardzo dobra kreacja postaci, a karta niezwykle dopracowana, tylko pozazdrościć.
Mogę zaprosić do siebie? I powiedzieć, że też uwielbiam gotowe powiązania, ale chętnie urządzę burzę mózgów?]
Allie Hammond
[To chodź, wymyślimy jakieś powiązanie.]
OdpowiedzUsuńLouise
Elisa podążała za Liamem korytarzami, ukradkiem rozglądając się dookoła i zapamiętując rozkład budynku. Nigdy nie wiadomo, co przyda się w przyszłości. Do tej pory wchodziła i wychodziła stąd wyznaczonymi dla gości lub przestępców ścieżkami, ale teraz znajdowali się w innej części budynku dostępnej dla agentów. Czasami przydzielenie do jej osobistej ochrony wkurzonego z tego powodu goryla miało swoje plusy, z których korzystała maksymalnie, ale i tak nie były one w stanie pokryć wszystkich uszczerbków na zdrowiu psychicznym, które temu towarzyszyły; no bo jak wytrzymać z kimś takim i przy okazji nie poczuć potrzeby rzucenia się z mostu? Na szczęście Lynch wydawał się być jeszcze bardziej niezadowolony z tej współpracy, co budziło u niej dziką satysfakcję.
OdpowiedzUsuńChociaż musiała przyznać, że widywanie się każdego dnia z byłym kochankiem, którego wykorzystywało się do zdobycia potrzebnych informacji w celu zapewnienia bezpieczeństwa interesom gangu nie należało do najprzyjemniejszych zadań. Zwłaszcza, gdy próbował utrudnić ci życie na wszelkie możliwe sposoby i nadużywał swojej władzy, w kółko wydając jej bezsensowne polecenia.
Tak jak zaciągnięcie jej do Langley, żeby mógł sobie poćwiczyć, mimo że miała dużo lepsze rzeczy do roboty.
- Wiesz, w zasadzie powinieneś mnie ochraniać, a więc chodzić za mną wszędzie tam, gdzie mam ochotę pójść, nie ciągnąć mnie za sobą na jakiś trening, bo tak ci się podoba - powiedziała Elisa z krzywym uśmiechem, unosząc brew, gdy mężczyzna otworzył z takim impetem drzwi, że omal nie rozkwasiła sobie na nich nosa, na szczęście jej refleks wyćwiczony przez te wszystkie lata umożliwił jej odpowiednio szybką reakcję. Lynch wyglądał, jakby miał ochotę kogoś zabić i możliwe, że miała w tym jakiś swój udział; przez cały czas wystawiała jego cierpliwość na próbę, naciskając, prowokując, drażniąc się, sprawdzając, jak daleko mogła się posunąć, by doprowadzić go na granicę. Ostatnio nie działo się nic ciekawego i zaczynała się porządnie nudzić, ale Liam okazał się być doskonałym wyzwaniem, dlatego niemal nieustannie bawiła się jego kosztem, czekając, aż podejmie jej grę. Już raz to zrobił, a chociaż wydawało się, że nie był mężczyzną, który dwa razy popełniał te same błędy, każdy miał swoje słabe ou kto, wystarczyło je jedynie odnaleźć. Ona bawiła się ludźmi. Wcześniejsz wykorzystywała go w łożku, teraz miała szansę spróbować się nim zabawić z drugiej strony i była to wystarczająco kusząca perspektywa, by zajmowała się drażnieniem go, gdy tylko zaczynała ją ogarniać nuda. Czyli dość często.
- Chociaż może jednak powinieneś poćwiczyć. Wyrzucić to wszystko z siebie. Odkąd mnie zobaczyłeś, wydajesz się dziwnie spięty. Oczywiście mogłabym na to coś zaradzić... - w tym miejscu efektownie zawiesiła głos, pochylając się lekko w jego stronę, pozwalając, by jej ciepły oddech owionął jego szyję i ucho - Jednak wydaje mi się, że to przeze mnie zrobiłeś się taki nerwowy.
Zanim Liam zdążyłby zareagować na naruszanie jego przestrzeni osobistej, odsunęła się z błyskiem złośliwej satysfakcji w oku i popchnęła przeszklone drzwi do sali treningowej, w której znajdowało się kilku agentów biegających na bieżniach czy zajmujących miejsca przy ławkach do podnoszenia ciężarów. Kilkoro z nich odwróciło się w jej stronę, mierząc ją nieprzychylnymi spojrzeniami, ale nic sobie z tego nie robiła. Wciąż nie potrafili pogodzić się z tym, że taka grzeczna i urocza dziewczyna owinęła sobie ich wokół palca i robiła z nimi co chciała, poruszając się właściwie niczym nieskrępowana po mieście. CIA mogło jej podłożyć pluskwy, jednak dalej pozostawała co najmniej trzy kroki przed nimi, doprowadzając wielu z agentów do czystej frustracji spowodowanej ich niekompetencją. No cóż, to nie jej wina, że byli tak beznadziejni w wykonywaniu swojej pracy, a ona chciała tylko sprawdzić ich umiejętności! Nie wymykała im się w żadnym innym celu, ale jakoś nikt nie chciał jej uwierzyć i teraz musiała się włóczyć za upierdliwym, mrukliwym Lynchem.
twoja najukochańsza przestępczyni
[ Może pójdziemy w jakąś bratersko-siostrzaną relację? Ona pewnie do przesady zaczęła się nim opiekować chcąc mu pomóc. Od tamtej pory ona pomaga mu z zaburzeniami, on naprawia jej rury, a teraz ona przychodzi do niego z prośbą, mówiąc, że potrzebuje partnera na ślub przyjaciół i że ona zrobi wszystko żeby się odwdzięczyć bo przecież nie może być sama. A na miejscu okazuje się, że nie tylko ma być jej partnerem, ale jeszcze został wrobiony w udawanie jej "narzeczonego", bo owym znajomym biorącym ślub jest jej eks, któremu ona ma zamiar udowodnić, że nie jest beznadziejnym przypadkiem, za jaki ją miał. I no...]
OdpowiedzUsuńAllie Hammond
[Oto i on, miłość jego nastoletniego życia, największy problem i monument, w którego cieniu pozostaje.
OdpowiedzUsuńGabe skacze pod sufit z radości. Dawaj na wątek.]
Gabe
[Liam przyprawił go o nastoletnie rozterki, to teraz niech się odwdzięcza i wymyśla fabułę, o. <3]
OdpowiedzUsuńG.
Sypiała z nim dla informacji, ale nie dało się zaprzeczyć, że mężczyzna miał w sobie to coś, co sprawiło, że zatrzymała się przy nim na nieco dłużej. Stanowił dla niej jednocześnie odskocznię i dobrą rozrywkę. Prawie żałowała, że robiła z niego idiotę w oczach agencji, w końcu zaprosił swojego wroga do łóżka, jednak już dawno wyzbyła się czegoś takiego jak współczucie.
OdpowiedzUsuń- I tak wiem, że mnie uwielbiasz, Lynch - odpowiedziała z zadziornym uśmiechem, gdy ten kazał jej się zamknąć. Zgodnie z przewidywaniami Elisa nie miała zamiaru tego robić, ale mężczyzna prawdopodobnie już się do tego przyzwyczaił; w ogóle rzadko kiedy robiła to, czego akurat od niej wymagano. Poza tym uwielbiała patrzeć, jak Liam gotuje się z wściekłości, ale tak naprawdę jest wobec niej bezradny i może jedynie zaciskać zęby w bezsilnej złości albo wymruczeć kilka niecenzuralnych słów, poza tym jednak był skazany na znoszenie jej towarzystwa i wszystkich niedogodności z tym związanych, a ona w ogóle go nie oszczędzała. Wiedziała, że prawdopodobnie zrobił wszystko, aby uniknąć przydzielenia go do tego zadania, które uważał pewnie za stanowczo poniżej jego kwalifikacji i to tylko jeszcze bardziej ją bawiło.
- Uważaj, bo ci żyłka pęknie. O tutaj - powiedziała, bez oporów pstrykając go palcami w skroń. Całe pomieszczenie z wrażenia aż wstrzymało oddech, jednak Elisa zupełnie się tym nie przejęła. Podobno od czasu, kiedy widziała go po raz ostatni, wyrobił się. Dostawał coraz trudniejsze zadania, a zajmowanie się nią stanowiło dla niego obelgę. Nie miała jeszcze okazji tego sprawdzić, a sparing wydawał się być odpowiednią okazją.
Bez wahania złapała rzucony w jej kierunku kij. Zsunęła z ramion skórzaną kurtkę, rzucając ją na najbliższy rowerek stacjonarny, zostając w cieńkiej, czarnej koszulce na ramiączkach. Związała włosy na czubku głowy w ciasny węzeł, po czym poprawiła uchwyt na kiju. Zamachnęła się kilka razy, ważąc go w dłoni, by po chwili wykonać kilka efektownych młynków, również za plecami i przerzucić go z ręki do ręki. Przez ostatnie kilka miesięcy jej współpracy z CIA agenci pilnowali, by w jej pobliżu nie pojawiła się żadna broń, czasem posuwając się nawet do ukradkowego zabierania noży z kuchni, nie wspominając nawet o pistoletach ukrytych w różnych częściach jej mieszkania (ci kretyni wciąż nie znaleźli połowy z nich, ale nie miała zamiaru ułatwiać im zadania). Nie potrzebowała ich, bez trudu pokonałabym większość z nich w walce wręcz, ale miło było znów pewnie trzymać broń, nawet jeśli była ona przeznaczona jedynie do ćwiczeń.
Bez ostrzeżenia Elisa rzuciła się do przodu, zamarkowując uderzenie w głowę, podczas gdy tak naprawdę uderzyła w piszczel. Błyskawicznie odskoczyła do tyłu poza zasięg kija, przekrzywiając lekko głowę w bok.
- Tak naprawdę znajdzie się jeden manekin - stwierdziła, wyzywająco wysuwając podbródek do przodu. Pewnie mogłaby zostać aresztowana za napaść na agenta federalnego, ale miała na swoim koncie tyle gorszych grzechów, że dopisanie kolejnego, tak mało znaczącego nie robiło na niej wrażenia. Wychowała się wśród gęsto ścielących się trupów, przemocy i brudnych trików, co pozbawiło ją w walce słabości i litości, czyniąc z niej niebezpieczną przeciwniczkę, która nie zawaha się siegnąć po wszystkie chwyty, by wygrać. Jeśli czegokolwiek nauczyła się na ulicy to jedno: nie oceniaj po pozorach. Najbardziej wątłe dzieciaki były w stanie wygrać walkę dzięki swojej determinacji i zaciętości. Elisa nie została obdarzona przez naturę odpowiednimi do brutalnej walki gabarytami, ale w przeciwieństwie do Liama doskonale wiedziała, jak wykorzystać sytuację na swoją korzyść. Nie mogła go jednak lekceważyć. Był przeszkolonym agentem CIA, w dodatku wkurzonym i jego cholerne ego nie pozwalało mu na przegranie walki z dziewczyną na oczach swoich kolegów.
Ale ona była lepsza.
pewność siebie do kwadratu
[Jako mentor, nauczyciel i guru Quinn powinien mieć z nią ukrop, problemy i urwanie głowy <3 Przecież to najlepsza rzecz na świecie, prawda? Stawiam za to piwo, że chętnie stawia mu piwo i pączki. Zdrowa dieta to podstawa!
OdpowiedzUsuńWpadnijmy w kłopoty! Wpadnijmy, och, wpadnijmy w kłopoty razem! Proponuję Titanic, boks i... no, wiesz jakie trzecie słowo było :D]
Kocham i pozdrawiam,
Q.A.
[Dziękuję! Mam słabość do mężczyzn w garniturach, ale do Juda Law jeszcze większą. Jednak, żeby nie wyjść na całkiem powierzchowną, napomknę, że styl karty jest równie imponujący, co ten pan na gifach. Naprawdę przyjemnie się czyta. Liam i Margaret to dwa inne typy osobowości, ale to na pewno nie umniejsza mojej sympatii do niego.]
OdpowiedzUsuńMargaret
Kiedy Liam opadł na jedno kolano, a z jego ust wydobyło się przekleństwo, nie potrafiła powstrzymać pojawiającego się na jej twarzy pełnego satysfakcji uśmiechu. Jedną dłonią zakręciła młynka w powietrzu, nazbyt się popisując i kiwając lekko głową w stronę agentki, której najwyraźniej perspektywa spuszczenia łomotu naburmuczonemu Lynchowi wydawała się być czymś właściwym, chociaż miała tego dokonać groźna kryminalistka.
OdpowiedzUsuń- To było naprawdę żałosne - stwierdziła w końcu, z dezaprobatą marszcząc nos i pogardliwie kręcąc głową - Muszę przyznać, że spodziewałam się zdecydowanie więcej po kimś, kto przeszedł wszelkie możliwe szkolenia i uważa się za zbyt dobrego, by walczyć ze mną, ale najwyraźniej standardy CIA są zatrważająco niskie.
Nie zabiegała o jego zainteresowanie. A może jednak to robiła? Elisa nie przywykła do tego, że ktoś starał się ją traktować z obojętnym dystansem jak powietrze. Wszędzie, gdzie się pojawiała, przyciągała uwagę; czasem z powodu strachu przed konsekwencjami nieposłuszeństwa okazanego jedynej córce Accardiego, czasem z powodu zawiści kobiet i podniecenia mężczyzn, którym niezaprzeczalnie podobało się jej ciało, co doskonale potrafiła wykorzystać, by owinąć sobie płeć przeciwną wokół małego palca, czasem z powodu jej nieznośnego charakterku tak właściwego dla gorącej, włoskiej krwi płynącej w jej żyłach. Nie podobał jej się sposób, w jaki Lynch ją traktował i miała zamiar wzbudzić w nim coś więcej niż marudność. Kiedy się zamachnął, uniosła kij, blokując jego cios z niebezpiecznym błyskiem w oczach.
Elisa jęknęła cicho, gdy upadła na matę na plecy. Uderzenie na chwilę wydusiło z jej płuc całe nagromadzone powietrze. Do tej pory jej walki z innymi agentami zaczynały się powoli i ostrożnie, badali ją, obawiając się od razu zaatakować, jakby w poszukiwaniu podstępu, ale Liam najwyraźniej nie miał takich oporów. Powinna była uważać na nogi, jednak nie sądziła, że tak szybko zdecyduje się na podcięcie. Musiała być bardziej skupiona.
- Nie muszę popracować nad podstawą i doskonale o tym wiemy - odpowiedziała z niezachwianą pewnością siebie, przyjmując jego dłoń i podnosząc się do góry. Co prawda gangi nie słynęły z niezwykle wyrafinowanej nauki walki, stawiały bardziej na pełną brutalności improwizację, jednak Elisa miała zapewnionych najlepszych nauczycieli od najmłodszych lat we wszystkich możliwych dziedzinach. Agencje federalne stawały się coraz sprytniejsze, dlatego mafiozi musieli być coraz bardziej inteligentni, by utrzymać się na rynku. Ci, którzy nie potrafili zaakceptować zmian, upadali.
Przyjęcie pomocy od Liama nie znaczyło, że już z nim skończyła. Wykonała wypad z kijem do przodu, który z łatwością został sparowany przez Lyncha. Siłę jego odepchnięcia poczuła w ramionach, które na chwilę zadrżały, ale pozwoliło jej to na zmniejszenie dystansu między nimi. Trzymając kij oburącz, uderzyła nim w brzuch mężczyzny. Kiedy ten bezwiednie się pochylił, łokciem zdzieliła go u podstawy czaszki, odsuwając się, gdy opadł na matę.
Pochyliła się nad nim, zniżając głos do szeptu.
- Nie udawaj dżentelmena, Lynch, mnie nie oszukasz. Odkąd zostałeś moim osobistym przydupasem, masz na to ochotę. Na co czekasz? Chyba nie jesteś cipą i się mnie nie boisz, co? Nie martw się, na początku dam ci nawet fory, żebyś nie wypadł zbyt żałośnie przed kolegami.
męski bokser
[Jestem za. ;D Przyznam się, że jak stalkowałam przez chwilę bloga, zastanawiając się czy dołączyć, to kilka razy czytałam tą kartę XD To wszystko przez Jude <3
OdpowiedzUsuńCaron mogłaby mu wyprowadzać psa i podrzucać kryminały, których ma trzy półki :D]
Maddox
Ten tydzień zapowiadał się pięknie. W ubiegły piątek oddał raport z ostatniej misji, jaką ostatnio miał do wykonania. Zaangażował w nią połowę pracowników z przeróżnych działów, więc klapa oznaczałaby jego życiową porażkę. Wszystko jednak było cacy, nawet dostał krótką pochwałę od szefa, kiedy usłyszał "nie mam uwag". Weekend więc miał wolny, bo nikt nie kazał ganiać mu ze spluwą po świecie, nikt nigdzie nie wysyłał go po żadne dokumenty, a i noce miał przespane, bo praca była wykonana i oddana. No, może poza sobotnią nocą, kiedy nieźle sobie zabalował w towarzystwie paskudnego gatunku czystej wódki i wysokiego blondyna. Nazwy ani pierwszego ani drugiego nie pamiętał. Obudził się w niedziele rano z pozostałością tej pierwszej po lewej i tym drugim po prawej. Ostatni raz, kiedy to pił.
OdpowiedzUsuńWrażenie, że tydzień będzie udany poszły się gonić. Nie dlatego, że przyszło nowe zadanie. Zawsze przychodziło, bez różnicy, czy biegało się po lotniskach, po dżungli czy po budynku w stanie Wirginia, bo komuś zachciało się raportów sprzed dwóch lat. Humor zmienił mu się diametralnie przez jedną, malutką, a jednak ogromną nowinkę.
Wiedział wcześniej, że partner Liama zginął w akcji. Takie rzeczy się wie, bo całe CIA wspomina agentów, a rodzina otrzymuje specjalne podarunki od państwa. Sam uczestniczył w uroczystości upamiętniającej, stając w tyle i nawet nie szukając "brata" wzrokiem. Nie chciał wiedzieć, co ten czuł. Bał się, że nawet go tam nie było.
Kiedy dotarło do niego, że ktoś postanowił połączyć braci przy akcji, serce na moment przestało mu bić. W gardle poczuł znajome uczucie, jakby cały żołądek nagle chciał wyskoczyć mu przez jamę ustną. Nogi stały się trochę mniej stabilne. Nic nie działało na niego tak niepokojąco.
Nie to, że nienawidził przyrodniego brata. Nie żeby też do niego nadal coś czuł. W sumie to uczucia nigdy nie wchodziły w grę, bardziej ciekawość młodzieńcza, o której Liam nigdy się nie dowiedział. I to chyba był główny powód. Przy jego obecności czasami czuł się nadal jak ten głupi nastolatek, który nie wie co mu po głowie krąży.
Przyjął to jednak na klatę, bo tak powinien zrobić prawdziwy agent, którym w końcu był i prawdziwy facet, którego chciał w sobie odnaleźć i udowodnić rodzinie, że potrafi. Nie zdziwił się, że Liam nic nie odezwał się przed odlotem. Wściekły, że potraktowano go jak gońca, wziął co trzeba i znalazł się w Panamie o umówionej godzinie.
Błądził po mieście, szukając odpowiedniej knajpki i czując, że im bliżej był, tym bardziej się denerwuje. O dziwo cały stres zszedł z niego, kiedy wreszcie znalazł Liama. Tak, jakby na jego widok zdał sobie sprawę, że nie ma się czym przejmować. Kolejny partner, kolejna misja.
- Dzięki - zdobył się na luźny uśmiech, za co pochwalił się w myślach. Szło gładko. Chociaż to dopiero pierwsza minuta ich współpracy. - Mam wszystko, o co prosiłeś i wszystko, co uznałem, że się przyda - dodał.
Biorąc do ręki wodę wskazał małym palcem na podróżą torbę, jaka zwisała mu na ramieniu. Nie chciał wyjmować dokumentów w takim miejscu.
Upił łyk, czując, jak napój przyjemnie kontrastuje z duchotą, jaka go dopadała przez cały dzień.
- Dzisiaj rano dostałem informację, że Gonzales oprócz przemytników pracuje jeszcze z jedną osobą. Mówią, że to kobieta. Miejscowa - bąknął, rozglądając się dyskretnie dookoła. - Problem w tym, że nie znamy jej roli ani nazwiska. Ja obstawiam, że zajmuje się dziewczynami. Zyskuje ich zaufanie, czy coś takiego.
Napotkał spojrzenie Liama. Chociaż nie wyrażało dosłownie niczego, miał wrażenie, że lepiej się już zamknąć. On ma tu tylko pomagać. Był jak cholerna Moneypenny swojego przyrodniego brata.
Gabe
[Ha! Wciąż potrafisz zatem więcej ode mnie, ale to nieważne, to tutaj Tessa ma być językowym geniuszem, nie my. :D Wątek chętnie. Kilka dni temu oglądałam Agentkę i wciąż się ślinię do Jude'a w tej kreacji. A karta świetna, bo wciąż to prawdziwy człowiek, który jest agentem, a nie odwrotnie.
OdpowiedzUsuńTo może jakaś misja na Bliskim Wschodzie? Ktoś, kto sprawnie posługuje się językiem, mógłby się przydać. Albo robiłaby po prostu za tłumacza.]
Tessa L.
Nie chciała tam iść. Zaproszenie tkwiące na jednej z nielicznych komód w jej mieszkaniu, zdawało się z niej szydzić i w żadnym kącie nie była w stanie się przed nim ukryć. Przerażała ją myśl o spędzeniu kilku godzin za stolikiem dla samotnych, obserwując jak jej eks rozpływa się pod spojrzeniami miłości swojego życia, którą właśnie poślubił. Przez bite dwie godziny będzie słuchała opowieści jakieś babci o niesfornym wnuczku, a starszy pan zaprosi ją do tańca i podepcze palce. Na domiar złego zostanie zmuszona do łapania tego cholernego bukietu, a gdy go nie pochwyci odczuje na sobie pełne współczucia spojrzenia, bo przecież już nikt nie łudzi się, że to ona będzie kiedyś na miejscu panny młodej, miała już przecież wiele okazji by wyjść za mąż. Z tego wszystkiego upije się i zarzyga sobie kieckę, którą miała zamiar zwrócić po wszystkim do sklepu. Nie mogło być lepiej, prawda? Dlatego właśnie nie chciała tam iść. Szkoda tylko, że kilka tygodni temu zdążyła potwierdzić swoją obecność wraz z osobą towarzyszącą. Jednak w zaledwie kilka dni wszystko uległo zmianie, a to co z takim uporem próbowała zbudować teraz było jedynie wspomnieniem i tkwiło pod toną gruzów.
OdpowiedzUsuńZapisała na kartce milion wymówek, które miała zamiar wykorzystać, gdy wreszcie zdobędzie się na odwagę i zadzwoni do Daniela, który wykazał się jakże ogromną subtelnością zapraszając na swój ślub swoją byłą. Owszem, przyjaźnili się, ale mimo wszystko, czy wypadało? Zdążyła przegryźć wargę do krwi, wyrwać sobie sporą część włosów z głowy i pokonać pewnie kilka kilometrów przechodząc się tam i z powrotem po swoim niewielkim gabinecie. I właśnie wtedy w drzwiach pojawił się Liam, a w jej głowie zapaliło się światełko. Może to egoistyczne i nie pasujące do psychologa, ale to chyba normalne, że nie chciała przeżywać tych katuszy samotnie, prawda? Litość, właśnie to musiała w nim wzbudzić by się zgodził, wiedziała, że to nie będzie łatwe, ale czyż nie była kobietą i nie posiadała kilku sztuczek w zanadrzu?
Była zdenerwowana. Co chwilę wzdychała głośno, powoli wypuszczała powietrze z płuc, wycierała spocone dłonie, czy nerwowo szarpała za materiał beżowej kiecki. Wiedziała, że spotka wielu znajomych, z którymi zerwała kontakt, gdy jej związek z Danielem się rozpadł, a to sprawi, że będzie na językach przez kilka najbliższych godzin. Usłyszy o tym, że byłaby piękną panną młodą, ale właściwie po co mąż skoro można mieć koty i być silną i niezależną kobietą? Na szczęście wiedziała, że Liam nie pozwoli jej się skupiać na takich drobnych złośliwościach, był przecież kimś kogo mogła szczerze nazwać swoim przyjacielem.
- Zielona mnie pogrubiała - wzruszyła ramionami wysiadając z auta i przeczesując palcami włosy nieco zbyt nerwowo. Sapnęła cicho zatrzymując się przed nim i poprawiła jego krawat - Możesz go zdjąć, wyglądasz jak ktoś komu założono obrożę i… - zamarła. Każdy mięsień jej ciała zesztywniał, a wzrok, który posłała mężczyźnie wręcz wrzeszczał prosząc o pomoc. Zamiast tego poczuła jak jej dawna przyjaciółka całuje ją w policzek na powitanie i mierzy wzrokiem, nieco zbyt długo zatrzymując się na serdecznym palcu prawej dłoni. Jasna cholera, zupełnie zapomniała! - Na-narzeczony? - wyjąkała posyłając mężczyźnie przerażone spojrzenie, jednak on najwidoczniej podłapał grę, nie była jednak pewna czy powinna odetchnąć z ulgą. Uśmiechnęła się jednak do kobiety, a gdy pobiegła zapewne puścić jakąś plotkę, wypuściła trzymane do tej pory w płucach powietrze.
- Przepraszam! Zupełnie zapomniałam ich poinformować, że nie jestem już zaręczona z … Nie ważne. Przepraszam, naprawdę, wyleciało mi to z głowy i nie sądziłam, że ktoś będzie pamiętał. Nie musisz mi pomagać, a ten badziew zaraz zdejmę - była zażenowana, naprawdę. Nie tylko wrobiła go w to głupie wesele, ale teraz zrobiła z niego jeszcze swoją drugą połówkę bo zapomniała poinformować innych o zerwanych zaręczynach, co tak właściwie jeszcze do niej nie dotarło. Szarpnęła za pierścionek, lecz ten jak na złość ani drgnął
- Zaraz, za chwilkę… Pomożesz? Masz więcej siły, wystarczy pociągnąć. Gorzej tylko, że Alice zdążyła już chyba wszystkich poinformować - wzdrygnęła się przenosząc spojrzenie na grupkę młodych kobiet, które uważnie im się przyglądały, od czasu do czasu chichocząc.
UsuńAllie Hammond
[Nie ma sprawy, Caron by to pewnie nawet nie przeszkadzało. W końcu czego się nie robi dla przyjaciół. Po za tym, ona i tak po nocach nie śpi :D]
OdpowiedzUsuńMaddox
- A ty jesteś naprawdę kiepską niańką - odparowała Elisa, wywracając oczami. Przez ostatnie kilka dni robił wszystko, żeby zamienić jej życie w ciągnącą się nudnym pasmem rutynę, może dlatego z taką chęcią chwyciła za treningowy kij i wywijała nim na różne strony, rozgrzewając mięśnie, które przez te kilka dni nieco się zastały. - Gdybyś z takim uporem maniaka nie kazał mi rozwiązywać tych cholernych krzyżówek, nie dostawałbyś teraz po dupie.
OdpowiedzUsuńNie znosiła krzyżówek, głównie dlatego, że wymagały siedzenia na tyłku i cierpliwym wypełnianiu kolejnych kwadracików literami; nie rozumiała, jak ktokolwiek mógł to traktować jako rozrywkę, bo ona nie potrafiła się w tym dopatrzyć niczego interesującego, chociaż Liam wydawał się dostawać orgazm za każdym razem, gdy udało mu się wypełnić wszystkie hasła w krzyżówce. Początkowo bawił ją jego entuzjazm, ale kiedy była zmuszona do spędzenia nad krzyżówkami trzeciej godziny z rzędu, odczuwała tak silną chęć mordu, że tylko kamery i pistolet wciśnięty za jego pasek spodni na plecach powstrzymały ją od brutalnego zabójstwa. Nie przeszkodziło jej to jednak w wyrwaniu mu z rąk, przedarciu magazynu z krzyżówkami na pół i wyrzuceniu kawałków przez okno. Miał szczęście, że nie skończyło się to gorzej, bo była gotowa roznieść w pył tę melinę, do której ją zabrał, aby była bezpieczna.
Elisa słuchała go jednak tylko do czasu. Pozwalała mu ciągnąć ją za sobą do różnych, bezsensownych miejsc i robić nudne rzeczy, by zaprezentować swoją chęć do współpracy, ale gdy nadejdzie odpowiedni moment, Liam zacznie tańczyć tak jak mu zagra. Był tylko chwilowym utrudnieniem, którego z czasem się pozbędzie albo wykorzysta, bo mógł okazać się jeszcze przydatny. Na pewno nie miała zamiaru dłużej rozwiązywać z nim krzyżówek, przez które nagromadziło się w niej tyle frustracji, że teraz aż cała buzowała z chęci do bójki.
Wypełniająca jej ciało adrenalina sprawiła, że stała się nieostrożna i zbyt łatwo było ją podejść. Znowu upadła na matę z głuchym stęknięciem, a tam Liam już na nią czekał, unieruchamiając jej nadgarstki. Mądry facet, wiedział, że może spodziewać się uderzeń. Elisa szarpnęła się, sprawdzając siłę jego uścisku, ale jego palce mocniej wbiły się w jej skórę, uniemożliwiając próbę uwolnienia się z chwytu.
- Naprawdę myślisz, że interesuje mnie ich szacunek? - spytała cicho, z pogardą wskazując ruchem głowy na zgromadzonych po jednej stronie pokoju agentów - Mnóstwo razy udowadniałam, jak wiele jestem warta, ale nie obchodzi mnie szacunek. Myślisz, że na ulicy on cokolwiek znaczy? Tam liczy się tylko efekt, nieważne, jakimi środkami go osiągniesz. Jesteś martwy albo odchodzisz żywy. Więc tak, wyciągnęłabym gnata i odstrzeliłabym ci łeb bez chwili zawahania. Albo ty, albo ja. I nie obraź się, kotku, jesteś uroczy, ale zawsze wybrałabym siebie.
Lynch poluźnił uchwyt i podniósł się z maty, a Elisa prychnęła z dezaprobatą. Jeśli sądził, że skończyli, bardzo się mylił.
Zanim Liam zdążył się oddalić od maty, Elisa już jest przy nim, wyprowadzając uderzenie w szczękę, wkładając w to całą swoją wagę. Kiedy jego ciało przesunęło się do przodu, zrobiła unik i uderzyła go pięścią w brzuch, tuż nad pępkiem. Zanim zdążył ją dopaść, prześlizgnęła się obok niego z uniesionymi rękami, gotowa do kolejnego ataku. Jej atutami zawsze były szybkosć i zwinność, które pozwalały jej na unikanie tych najbardziej niebezpiecznych ciosów. Jeśli przeciwnik nie mógł jej uderzyć, nie mógł jej zrobić nic złego.
- Dalej, Lynch. Masz okazję pokazać, jak bardzo zależy ci na tym, by zrobić mi krzywdę, bo jestem tylko nieczysto walczącą szmatą - wysyczała, poruszając się wokół niego nisko na nogach, czekając, aż zaatakuje. Bo wiedziała, że zaatakuje, nie miała żadnych wątpliwości.
będzie wojna
W świecie, w którym wychowała się Elisa, brak pewności siebie oznaczał śmierć. Musiała zawsze wyglądać tak, jakby wiedziała, co robi; jakiekolwiek wahanie czy okazanie słabości mogło doprowadzić jedynie do jej końca. Dorastała wśród najbardziej brutalnych i niebezpiecznych mężczyzn, którzy gardzili wszystkim, co było słabe. Musiała nauczyć się zaciekle walczyć o swoje i nigdy nie oglądać się za siebie, bo czekały tam na nią tylko zaostrzone noże i lufy pistoletów wycelowane w jej plecy. Przeżycie w świecie, do którego należała, mogła zapewnić jej jedynie arogancja, zwłaszcza z powodu jej płci i pochodzenia. To, że była córką Accardiego, nie gwarantowało jej, że w przyszłości przejmie po nim imperium, bowiem wielu jego współpracowników najchętniej samych obsadziłoby się na tym stanowisku. Ponieważ była kobietą, musiała trzy razy mocniej pracować na szacunek, a to oznaczało bycie pozbawioną skrupułów i bycie znacznie sprytniejszą od tych, którzy ją otaczali. I to jej się udawało; była na tyle podstępna, że niemal nikt z jej ludzi nie domyślał się nawet, że Elisa współpracuje z CIA, tylko ci najbardziej zaufani ludzie, wtajemniczeni w jej plan i na tyle inteligentna, by bawić się z agentami w kotka i myszkę, wykorzystując ich do prywatnych celów. Wiedziała, że jest cholernie ważna, a dostarczane przez nią informacje mogą się okazać bezcenne dla agencji, ale robiła to na własnych warunkach. Selekcjonowała informacje, które powinny trafić do CIA, najcześciej wybierając tych, którzy nie kryli się z wrogością do niej lub mogli w przyszłości sprawiać problemy, gdy Elisa przejmie wszystkie interesy. Każdy, kto w jakikolwiek sposób jej się naraził lub miał szansę to zrobić, ostatecznie został postawiony na tacy przed agentami, którzy pozbywali się jej problemów, a ona przy okazji nie brudziła sobie rączek. Jednak aby nie wzbudzić podejrzliwości CIA spowodowanej jej nagłą chojnością w podsuwaniu potężnych szych, robiła to raz na jakiś czas, rządając w zamian coraz więcej, a ci idioci na wszystko się zgadzali, nie przeczuwając, że są tylko mało znaczącymi pionkami w jej grze. Gdy przestaną być przydatni... No cóż, wszyscy wiedzą, jaki los spotyka pionki.
OdpowiedzUsuń- Może dla ciebie to śmieszne - powiedziała w końcu powoli, wzruszając ramionami, ale w jej oczach pojawił się drapieżny błysk - Jednak pomyśl, jak inaczej udałoby mi się przeżyć tyle lat. I zapomnij na chwilę o moim tatusiu, bo w tym wypadku jego wpływy nie mają żadnego znaczenia; albo udowodnisz, że jesteś twardy, albo skończysz w worku na śmieci.
Po chwili ściszyła głos, przysuwając się o krok bliżej.
- Nigdy nie należałam do, jak to nazywasz, prawdziwego świata. Ty też nie. Więc dlaczego uparcie żyjesz w tym oszustwie? - zapytała, przekrzywiając lekko głowę w bok. Jej zasady nigdy nie obowiązywały i nie miała zamiaru udawać, że jest inaczej. To, co dla innych było niedopuszczalne, dla niej było nużącą codziennością.
Elisa potrafiła walczyć inaczej; poruszać się z zabójczą precyzją, która jednak więcej ma wspólnego z pełnymi gracji ruchami tancerza niż ze skutecznym atakiem. Znała te wszystkie niuanse, które były dobre, gdy ktoś przygotowywał pokaz, ale nie miały nic wspólnego z prawdziwą walką ze swoimi źródłami w ulicy. Tam nikt nie bawił się w piękno i grację, tam liczyła się jedynie skuteczność i wykończenie przeciwnika z jak najmniejszą ilością ruchów. Należało być efektywnym, nie efektownym i wielu gogusiów z takich agencji jak ta często zapominało, czym tak naprawdę jest walka wręcz; to walka o życie, a więc wszystkie brudne czyny są dozwolone, bo biorą się one z desperackiej chęci istnienia. Piękno niewiele ma z tym wspólnego, ale dzikość już tak, jeśli jest ona odpowiednio opanowana i nie bierze się z gniewu, który zamiast dodać sił, osłabia refleks i umiejętność logicznego myślenia, chłodnej oceny sytuacji.
- Dalej, Lynch - zachęcała go Elisa, mrużąc oczy - Nie powstrzymuj się. Jakie są jeszcze inne powody, dla których chcesz zrobić mi krzywdę? O co chodzi? O to, że zrobiłam z ciebie kretyna przed połową agencji, bo wylądowałeś ze mną w łożku? O to, że należy dać mi nauczkę, bo jestem zbyt brutalna? Oświeć mnie.
UsuńPodjudzanie przeciwnika może nie było najlepszą strategią, ale za to zawsze przynosiło to efekty, które nastepnie mogła wykorzystać. Liam nigdy nie był typem, który łatwi poddawał się emocjom, ale najwyraźniej robiła się coraz lepsza w wyprowadzaniu innych z równowagi. Chciała poczuć jego gniew, by ostatecznie wykorzystać to przeciwko niemu. Od dawna nie miała okazji, by zmierzyć się z kimś na jej poziomie, a Lynch okazał się dobrym przeciwnikiem, chociaż poszło jej zbyt łatwo. Naprawdę spodziewała się czegoś więcej.
Wykręcenie ręki do tyłu bolało, ale prawie tego nie zauważyła. Zazgrzytała zębami, gdy przyciągnął ją do siebie, czuła jego szeroką klatkę piersiową przylegającą do jej pleców, dłonie zaciśnięte na jej rękach, uniemożliwiające zadanie kolejnego ciosu, ale przecież nie potrzebowała dłoni, by się z nim rozprawić. Z całej siły wbiła mu piętę w śródstopie, po czym zebrała się w sobie i zamachnęła się głową do tyłu, uderzając go w nos wystarczajaco mocno, by poluźnił uchwyt, a Elisa mu się wymknęła. Z jego nosa kapała na matę ciemnoczerwona krew.
- Masz już dość, Lynch? - spytała pogardliwie, wymachując ramieniem, by przywrócić mu sprawność po wykręceniu. Zawsze bądź przygotowana.
nienormalna Elisa
Rozluźnił się trochę. Woda przestała drapać go po gardle, a słońce nie raziło już tak bardzo w oczy. Wszystko dzięki temu, że zdał sobie sprawę, jak bardzo Liam ma w poważaniu to, czy współpracuje z przyrodnim bratem, czy też nie.
OdpowiedzUsuńChociaż tamten nigdy nie dawał mu bezpośrednio powodu do czucia się gorszym, sam stawiał się w cieniu Liama. Raz, że poszedł w jego ślady, jak to mówił wielokrotnie, z braku laku. Dwa, że to dzięki niemu tak naprawdę znalazł w życiu coś, co daje mu trochę satysfakcji. Trzy, że chociaż po drodze miał parę nieporozumień z zauroczonymi paniami, to Liam był łamaczem serc i choć nie przyznawał tego ani przed ludźmi ani przed samym sobą, dawniej chciał wyglądać i czuć się tak swobodnie, jak przyrodni brat albo mieć kogoś takiego u boku. Lekko odpychające, gdyby zbadać tę relację z boku.
Nie miał się czym jednak przejmować. Usłyszał nawet chyba rąbek pochwały z ust Liama, więc na jego usta wpełzł powoli uśmieszek. Chociaż serce na moment zatrzymało się na znak zbliżającej się irytacji, odpuścił sobie przerywanie agentowi jego wypowiedzi na temat zmyłki.
Ucieszył się ostatecznie, kiedy Liam zgodził się zbadać sprawę tej kobiety, o której dostał cynk. Przynajmniej nie musiał się tłumaczyć, że użył nie kontaktów czy służbowych korelacji z pracy, ale swojego uroku osobistego, by wyciągnąć tę informację od gościa, który pracował na granicy Panamy. Zbadane takiego cynku tak czy siak byłoby dobre dla pewności sprawy.
- No to oby nam się udało - mruknął pod nosem, wyobrażając sobie wręcz komiczny obraz tego, jak dwaj zupełnie obcy sobie na dzień dzisiejszy bracia leżą ramię w ramię na plażowym ręczniku, opalając się i patrząc w stronę przyjemnej wody. Jeszcze do tego popijając drinki z palemką i wychodzi z tego totalna groteska.
Obstawiał, że zyskując kilka wolnych dni po szybszym załatwieniu sprawy, spędzą je totalnie osobno. Może to nawet lepiej. Gabe miał ochotę na panamski romans, o ile tutaj w ogóle ktoś w środku kurortu na coś takiego się odważy. Nie chciał jednak tego sprawdzać w towarzystwie Liama.
Ignorował już nazywanie go "Gabrielem". Zdarzało się to coraz rzadziej u innych osób, jednak w końcu tak nazwała go matka i tak wszędzie się podpisywał. "Gabe" było dla niego co prawda sto razy lepsze, bo nie brzmiało jak imię jakiegoś zakonnika albo gwiazdy starego soulu, ale nikt nie traktowałby go poważnie, gdyby załatwiał urzędowe sprawy używając zdrobnienia. Takie już było życie. Przynajmniej czasami mógł pełnoprawnie operować fałszywymi tożsamościami.
Odłożył pustą szklankę po wodzie, upewnił się, że torba na ramię, która teraz leżała pomiędzy ich krzesłami jest całkowicie bezpieczna, poprawił ciemne okulary na nosie i spojrzał na Liama.
- No to chyba pora zacząć. Decyzje są w twojej kwestii, ja mogę tylko proponować odwiedzenie największego burdelu w mieście. Boy hotelowy z innego kurortu podał mi już nazwę.
Koło szklanki z wodą Liama pojawiła się niewielka karteczka z nazwą domu publicznego.
- Burdelmamy są bardziej powiązane niż ludziom się wydaje. Ale podejrzewam, że Gonzales nie lubi obracać swoim nazwiskiem na prawo i lewo. Może jakoś znajdziemy tę, która będzie się orientować, gdy usłyszy o nim co nieco.
Tak, w jego głosie czuć było niepewność, bo nie miał zielonego pojęcia co na ten pomysł powie brat. Ale, co dobry słuchacz mógł wychwycić, była też nutka dumy. Wpadł na to dosłownie chwilę przed ich rozmową. Mieli z czym startować.
Gabe
Hammond czuła się naprawdę zażenowana całą tą sytuacją. Miała wrażenie, że nie tylko zmusiła go do towarzyszenia jej na tym głupim weselu, ale teraz także postawiła pod murem i zagroziła, że zacznie strzelać jeśli nie zgodzi się wziąć udziału w tym teatrzyku. A wszystko po to by zebrani w sali goście nie uznali jej za skrajnie beznadziejny przypadek. Kilka lat temu myśleli, że to ona będzie na miejscu panny młodej, tymczasem podjęła decyzję o zerwaniu, a przed kilkoma miesiącami w kręgach jej znajomych zaczęła krążyć plotka, że zaręczona jest z kolejnym facetem, którego nikt nigdy nie widział na oczy. Gdyby teraz się dowiedzieli, że jednak to nie dojdzie do skutku, bo pierścionek na jej serdecznym palcu stał się właściwie nieprzyjemnym wspomnieniem. Już słyszała te wszystkie przesycone kpiną komentarze, bo mówiła ludziom jak mają poprzątać w swoim życiu bajzel, podczas gdy sama nie potrafiła zastosować się do własnych rad i tego ogarnąć. Zemdliło ją na myśl o tym i dopiero jego słowa sprowadziły ją z powrotem na ziemię. Odetchnęła głęboko kilka razy jak prosił.
OdpowiedzUsuń–– Nie mogę? Tak, racja, nie mogę…–– nerwowo przeniosła ciężar ciała z nogi na nogę. To była naprawdę patowa sytuacja –– Za kogo oni wtedy by mnie mieli prawda? Uznaliby, że rozpowiadam kłamstwa, a to, że nie zdążyłam im powiedzieć, że moje zaręczyny są nieaktualne… To wesele było naprawdę głupim pomysłem, może jeszcze nas nie zauważyli i będziemy mogli wymknąć się niezauważeni? Potem prześlę Danielowi kartę z przeprosinami, twierdząc, że miałam jakąś niestrawność, albo rozbolała mnie głowa, czy umarł mi kota. Ale ja nawet nie mam kota! –– była w rozsypce, naprawdę. Wypowiadała słowa w sposób nieprzemyślany i niekontrolowany, gotowa była wyrwać sobie wszystkie włosy z głowy byleby tylko jakoś wybrnąć z tej sytuacji. –– I daj spokój! Przecież nie zrobię z ciebie potwora, nie mógłbyś mnie zdradzić! - dodała po chwili uśmiechając się w sposób nieco zbyt wymuszony.
Allie zawsze szczyciła się umiejętnością skutecznego rozwiązywania problemów w kryzysowych sytuacjach. Teraz błądziła wzrokiem od jednego punktu do drugiego i nic nie przychodziło jej do głowy. Kobieta, z którą chwile temu rozmawiali była największą plotkarą prawdopodobnie w całym mieście i Hammond gotowa była poświęcić swoją rękę za to, że ta zdążyła już wszystkim powiedzieć kim jest towarzysz brunetki. Że też musieli od raz trafić na nią. To wszystko przez to pieprzone, hammondowe szczęście. Pogrążona we własnych myślach z opóźnieniem zauważyła jego nadstawione ramię i niepewnie go chwyciła. Wiedziała, że wchodzą w paszczę lwa, przestępują progi dantejskiego piekła, gdzie będą się smażyć za wszystkie te kłamstwa. Oczywiście, musiała trochę dramatyzować.
–– Cóż, znajdzie się… kilka osób? –– nie była najlepszym kłamcą, ale nie chciała mu mówić, że tak właściwie znała tu wszystkich, ale szybko się o tym przekonał. Wystarczyło, że przekroczyli próg sali, a do niej machało już kilka osób. Przełknęła głośno ślinę i posłała mu niepewny i nieco zbyt szeroki uśmiech. Na szczęście ich stolik znajdował się niemal na końcu sali, jednak znajdował się w takiej pozycji, że nie będą w stanie uciec przed ciekawskimi spojrzeniami. Cholerny Daniel, zapewne zrobił to specjalnie –– Ja i Dan poznaliśmy się jeszcze na studiach. Studiował socjologię i niektóre zajęcia mieliśmy razem, jego żona jest moją koleżanką z roku, która go pocieszyła, gdy ja postanowiłam zerwać, ale mniejsza. Większość tych osób to nasi wspólni znajomi i rodzina, którą niestety też dobrze znam, tylko… Nikt nie wie gdzie pracuje, wszyscy są przekonani, że mam etat w jakieś niewielkiej klinice gdzieś na końcu świata. Musimy więc ustalić jakąś wersję więc może… Park? Wpadłeś na mnie biegając z psem? Albo jesteś bratem kumpla kuzyna mojego współpracownika, który wysłał nas na randkę w ciemno, co ty na to? –– poruszyła się nieco zbyt niespokojnie na krześle i pomachała do kogoś siedzącego przed nimi. Nie mieli wiele czasu.
Allie
Elisa zaklęła pod nosem, gdy pomieszczenie zalała fala czerwonego światła i irytujący, wyjący dźwięk alarmu, którego nie dało pomylić się z niczym innym. Naprawdę miała ochotę skopać dupę Lynchowi i uświadomić go, że chociaż uznaje się za lepszego od niej, tak naprawdę w starciu nie miał żadnych szans, o czym świadczyły krople krwi na macie. Wystarczyło kilka dodatkowych sekund, by całkowicie go upokorzyć, obnażając wszystkie jego słabości w walce wręcz. Jednocześnie z tyłu głowy miała nieprzyjemną myśl, że to, co przed chwilą się wydarzyło, niewiele miało wspólnego z prawdziwym starciem. Lynch zachowywał się zbyt zachowawczo jak na kogoś, kto naprawdę chce jej zrobić krzywdę; zamiast atakować, po prostu blokował jej ciosy lub przytrzymywał, próbując to zakończyć w defensywny sposób. Właściwie nie wymierzył w jej stronę żadnego poważnego uderzenia i to najbardziej ją zirytowało, bo nie wiedziała, w co tak naprawdę Liam sobie z nią pogrywa. Przez cały czas wysyłał jej sprzeczne sygnały, dlatego nie mogła niczego być pewna. A przecież robiła wszystko, by doprowadzić do prawdziwej konfrontacji! Mimo to Lynch cały czas się wycofywał, choć robił to w tak subtelny sposób, że pewnie nikt, oprócz niej, nie zorientował się. Elisa nie miała jednak zamiaru tak łatwo odpuścić, ale to nie był odpowiedni czas i miejsce.
OdpowiedzUsuńPierwszy raz była świadkiem takiego zamieszania w siedzibie CIA. Do tej pory spokojni, wręcz znudzeni agenci nagle w popłochu porzucili swoje rzeczy i rzucili się do drzwi ewakuacyjnych. Najwyraźniej podobny alarm był rzadkością, a Elisa mimowolnie uśmiechnęła się pod nosem z politowaniem. Nic dziwnego, że tak słabo szło im łapanie przestępców i z taką chęcią zgodzili się na współpracę z nią, skoro ich agenci byli tchórzami.
- Nie jestem małą dziewczynką, którą musisz się zaopiekować, Lynch. Sama potrafię o siebie zadbać - powiedziała urażona, gdy mężczyzna do niej podszedł i zapowiedział, że wyprowadzi ją z budynku i odstawi do bezpiecznego miejsca. Była cholerną Accardi, jej życie przez cały czas było w niebezpieczeństwie i naprawdę nie potrzebowała trzęsącego się nad nią agenta. Przecież zdążyła mu już wiele razy udowodnić, że potrafi być zabójczo skuteczna. Ona nikogo się nie bała, za to wrogowie lękali się jej.
Mężczyzna nie dał jej jednak czasu na dyskusje, zwłaszcza, że w tej chwili to on trzymał broń w dłoniach. Ruszyła za nim, stąpając bezszelestnie niczym jego cień, cały czas obserwując otoczenie w poszukiwaniu napastników. Korytarze były nadzwyczaj puste, wydawały się być wymarłe, a Elisa nie słyszała wokół siebie nic poza zawodzącym wyciem alarmu, który w tej chwili był raczej przeciwnikiem niż sojusznikiem. Jakby pod wpływem jej myśli nagle zamilkł, pozostały jedynie czerwone, migające światła, które nadawały ścianom upiornego wyglądu.
- Nie podoba mi się to - wyszeptała Accardi, mrużąc nieznacznie brwi. Gdzie podziali się wszyscy agenci, którzy powinni biegać tędy w popłochu, próbując wydostać się jak najszybciej z budynku? Gdzie ochrona, która powinna przeczesywać korytarze w poszukiwaniu intruzów, a przynajmniej źródła całego zamieszania? Siedziba CIA wydawała się być wymarła, co było więcej niż nienaturalne.
Elisa z zaskoczeniem przyjęła pistolet, ale nic nie powiedziała. Sprawdziła magazynek i załadowała. Pistolety agentów nigdy nie należały do jej ulubionego typu broni, wolała karabiny, które szybko załatwiały sprawę z wielką pompą, poza tym była doskonałą snajperką, ale musiała zadowolić się tym, co miała. Zwłaszcza, że Lynch wyraźnie postanowił jej zaufać w tej kwestii, bo mogła z powodzeniem zastrzelić go, zanim zorientowałby się, co się tak naprawdę dzieje i zwiać, zostawiając za sobą szlak trupów.
Usuń- Powinieneś popracować nad swoim akcentem. Twój włoski śmiesznie brzmi - powiedziała w końcu Elisa, nieznacznie przysuwając się bliżej mężczyzny - To słodkie, że troszczysz się o mnie wystarczająco, by dać mi broń, Liamie.
Przy innych ludziach zawsze zwracała się do niego po nazwisku, pokazując swój lekceważący stosunek i chłodny dystans, ale gdy znajdowali się gdzieś tylko we dwójkę, bez oporów przerzucała się na jego imię, które zawsze w jej ustach brzmiało dziwnie miękko, nawet jeśli reszta wypowiedzi brzmiała ostro. Chociaż przez jej głos przesiąkała ironia, to jego imię jak zawsze zabrzmiało melodyjnie i delikatnie, jakby przez cały czas smakowała je na języku i rozkoszowała się jego brzmieniem. Zostało jej to jeszcze z czasów, gdy spędzali ze sobą mnóstwo czasu, a on nie wiedział, że był jedynie jej zabawką, którą wykorzystywała, jedną z ulubionych maskotek.
Nagle zza bocznych drzwi wyskoczył mężczyzna w kominiarce, celując do Lyncha. Zanim choćby zdążył nacisnąć spust, już leżał na podłodze martwy z dziurą na czole, a w dywan wsiąkała jego krew.
- Właśnie uratowałam ci życie, jesteś moim dłużnikiem - stwierdziła ze złośliwą satysfakcją Elisa, dotykając jego barku - Może jednak ja pójdę przodem, kotku?
twoja ulubienica Elisa
Jeżeli nie było to zaufanie, to jak inaczej można nazwać fakt wręczenia pistoletu nieprzewidywalnej, brutalnej kryminalistce, której lojalność wobec CIA nagminnie kwestionował, która nie ukrywała swojej niechęci wobec niego i tego, że chętnie usunie go z drogi, gdy tylko nadarzy jej się okazja, a która dodatkowo przez ostatnie kilka lat zajmowała się głównie handlem bronią, więc wiedziała doskonale, jak się nią posługiwać? Raczej trudno było jej uwierzyć, że jedynie obawa o ich zdrowie popchnęła go do wręczenia jej gnata, a nawet jeśli, ten gest musiał zawierać sobie chociaż odrobinę zaufania, bo Elisa mogła odstrzelić mu głowę z chwilą, w której dostała do rąk pistolet. Oboje o tym doskonale wiedzieli. Nigdy jednak nie nazwałaby go swoim partnerem; z powodzeniem działała sama i nie miała zamiaru tego zmieniać. To, że uratowała właśnie życie Lynchowi nie miało nic wspólnego z jakimikolwiek uczuciami, zadziałały intuicja i wyćwiczony przez lata refleks, dzięki któremu wciąż żyła. Facet stanowił ewidentne zagrożenie, więc go zastrzeliła, co było niemal odruchem bezwarunkowym. Nie czuła się w obowiązku pilnowania tyłka Liama, a po jego śmierci może wypiłaby kieliszek wódki ku jego pamięci, ale na więcej raczej nie mógł liczyć.
OdpowiedzUsuńCo znaczyło, że Lynch właśnie zaciągnął sobie u niej śmiertelny dług. A ona zawsze upomina się o swoje długi.
Elisa przekrzywiła głowę ptasim gestem, z uporem wpatrując się w Liama. Zawsze była dobrą obserwatorką i dostrzegała subtelne zmiany, których nikt inny by nie wychwycił, co niejednokrotnie uratowało jej skórę. Teraz też to wychwyciła, nagły błysk w jego oczach, który niemal natychmiast został zamaskowany obojętnością, ale niewystarczająco szybko, by ją oszukać. Nie zareagował tak na twarz, a więc nie znał napastnika, jednak gdy zobaczył jego tatuaż...
- Wiesz, co on znaczy. Rozpoznałeś ten symbol - bardziej stwierdziła niż zapytała, patrząc na niego tak, jakby samym wzrokiem chciała uzyskać od niego odpowiedź - Powiesz mi czy będziesz udawał, że nic nie wiesz na ten temat?
Elisa również wyjrzała zza zakrętu, oceniając odległość i poszukując możliwych zagrożeń. Co prawda korytarz wydawał się być pusty, ale to nie znaczyło, że za drzwiami nie czekała ich ciężka przeprawa. Nie wiedzieli, co się dzieje, ilu jest napastników i co ich interesuje, a w dodatku byli skazani na siebie, co zdecydowanie nie napawało jej optymizmem, zważywszy na ich burzliwą przeszłość i obecną relację. Zdecydowanie nie można tego było nazwać współpracą, jednak byli zdani na siebie nawzajem, jakkolwiek dziwnie to brzmiało.
- Bo Patrick to czarodziej, który rozwiąże wszystkie twoje problemy jednym machnięciem różdżki - zakpiła Elisa, wywracając oczami. Patrzyła na to oddanie agentów względem swoich przełożonych i nie rozumiała, jak takie niezależne jednostki jak Lynch mogły być tak lojalne i poddańcze względem swoich szefów, którzy traktowali ich podobnie jak ona traktowała wszystkich ludzi; jak zabaweczki, które, gdy przestaną być użyteczne, odrzuci się do kąta albo spali w kominku. W końcu to Patrick wyciągnął Liama ze środka tajnej misji po to, by grał rolę jej niańki, to samo w sobie już uwłaczało agentowi o takiej renomie. A on dalej powracał do szefa niczym wierny, tresowany piesek.
- Twój kolega jest niezwykle rozmowny i oczyścił sytuację z wszystkich niedomówień - stwierdziła z rozbawieniem, splatając dłonie na klatce piersiowej. Była jednak niespokojna. Nie podobało jej się to, że stoją pośrodku parkingu, odsłonięci ze wszystkich stron, wręcz prosząc się o atak ze strony niezidentyfikowanych mężczyzn, którzy działali w sposób dobrze zorganizowany i pewny. Zawodowcy, co do tego nie miała wątpliwości. Prawdopodobnie najemnicy z jakiejś większej grupy przestępczej. Nie miała jednak zamiaru dzielić się swoimi spostrzeżeniami z Lynchem, dopóki on sam nie wyłoży kart na stół.
UsuńElisa niechętnie spełniła jego polecenie, siadając na fotelu pasażera. Ciarki przechodziły ją na myśl, że miała zostawić swój skarb w tym miejscu na pastwę przestępców, ale motocykl musiał zostać w strzeżonym parkingu CIA, nie próbowała się o to nawet kłócić z Liamem, bo wiedziała, że skończyłoby się to tym, że mężczyzna zarobiłby od niej kulkę, a ona odjechałaby w stronę zachodzącego słońca.
- Dzięki temu, że miałam broń, wciąż żyjesz. Jesteś pewny, że chcesz mi ją odebrać? - zapytała, unosząc brew w wyczekującym geście. Ostatecznie jednak położyła na jego wyciągniętej dłoni pistolet z miną urażonej czterolatki, której matka odmówiła lizaka. Zachowała dla siebie informację, że w drodze do samochodu usunęła z magazynku wszystkie naboje i schowała je w kieszeni skórzanej kurtki. Zawsze to jedna broń mniej, z której Lynch będzie mógł ją zastrzelić w razie kolejnego spięcia. Przezorny zawsze ubezpieczony, a Elisa jak na razie wolała nie pokazywać Liamowi otwarcie, że codziennie, kilkukrotne przeszukiwania jej, a także sprawdzanie jej apartamentu co trzy dni niekoniecznie przynosiło pożądane efekty i nigdy nie była tak naprawdę całkiem bezbronna.
- Jedź już.
cokolwiek
Elisa pozwoliła nabojom opaść na wykładzinę.
OdpowiedzUsuń- Jakiś ty uroczy. Dzięki za wiarę we mnie - odpowiedziała z krzywym uśmiechem, wywracając oczami. Prawdopodobnie mogłaby mu uratować życie dziesięć razy, a on dalej patrzyłby na nią sceptycznie i pilnował każdego kroku, jakby za chwilę miała mu wbić nóż w plecy. Nie do końca w przenośni. - Raczej nie powinieneś obrażać osoby, która właśnie uratowała ci tyłek, Lynch. Mama cię nie nauczyła dobrych manier? I mógłbyś okazać chociaż odrobinę wdzięczności.
Elisa zawsze drwiła i dostawała słowotoku, gdy czuła się zdenerwowana i nie miała kontroli nad sytuacją. Zdecydowanie coś jej się tutaj nie podobało, a na przestrzeni lat nauczyła się ufać instynktowi, który wiele razy uratował jej skórę w sytuacjach, które wydawały się być pozornie nieszkodliwe, a nagle okazywały się skrajnie beznadziejne; to nie był jednak jej teren, przez co była jeszcze bardziej niepewna. Już od kilku miesięcy znajdowała się pod pieczą CIA, dzięki czemu miała wyrobiony pogląd i podstawowe informacje, jednak chociaż przydzieleni jej agenci z reguły byli skończonymi kretynami, którzy nie mieli pojęcia, jak radzić sobie z córką najniebezpieczniejszego bossa mafijnego na Wschodnim Wybrzeżu, to mieli szczegółowe wytyczne na temat tego, czego Elisa nigdy nie powinna zobaczyć lub usłyszeć. Oczywiście potrafiła radzić sobie sama i różnymi sposobami wydobywać od nich dodatkowe wiadomości, ale to nie było to samo, co w jej środowisku, gdzie potrafiła przewidywać i skutecznie działać. Tutaj jej wiedza była ograniczona i musiała zdać się na Liama, a wyglądało na to, że on również nie wie, co się działo. Nie napawało ją to zbyt wielkim optymizmem, zwłaszcza, że słowo zaufanie wywoływało u niej drgawki, a wyglądało na to, że właśnie tym musiała go obdarzyć. Przynajmniej chwilowo, bo równie dobrze szybko mogło to zniknąć, jeśli się okaże, że dla niego bezpiecznym miejscem jest ciemny zaułek, w którym w końcu będzie mógł się jej pozbyć.
- To słodkie, masz jeszcze jakieś sumienie! - wykrzyknęła. Po chwili jednak zapadła się głębiej w fotel pasażera, zaciskając dłonie w pięści, rozluźniając je i ponownie zaciskając. Przed innymi mogła udawać niewinną, słodką idiotkę, jednak wiedziała, że Liam się na to nie nabierze, a jedynie bardziej wkurwi. - Możesz odłożyć swój kompleks bohatera na chwilę na bok i porządnie zastanowić się nad tym, co mówisz? Nie wiesz, ilu było napastników, ale prawdopodobnie była to wyszkolona i na pewno cholernie dobrze uzbrojona grupa, która doskonale wiedziała, po co przyszła. Byłbyś w środku sam, zdany tylko na siebie, bo pozostali pracownicy gdzieś zniknęli. Jak myślisz, jakie miałbyś szanse? Więc dzięki temu, że jesteś moją cholerną niańką, zachowasz swoje życie na dłużej i będziesz mógł być dalej tak samo upierdliwy. A teraz powiesz mi, kim do kurwy nędzy byli ci mężczyźni, czy dalej będziesz mnie traktował jak idiotkę, która nie ma o niczym pojęcia? Bo wiem, że rozpoznałem ten symbol. I jesli powiesz, że to ścisłe tajne, to ci przywalę.
Elisa nie mogła powstrzymać się przed dodaniem tego ostatniego, bo przez chwilę jej wywód brzmiał tak, jakby faktycznie się o niego martwiła i chciała utrzymać go przy życiu, a przecież byli wrogami, czego żadne z nich nie ukrywało. Zwłaszcza Lynch, który sprawę stawiał jasno: wiem, kim jesteś, co robisz i nie nabierzesz mnie. Z takim podejściem pozostawali wciąż po dwóch stronach barykady, oddzieleni przez mur, który wydawał się być nie do przebycia z powodu tyłu dzielących ich różnic. Zwłaszcza, że oboje byli zbyt uparci, zawzięci i przede wszystkim świadomi tego, że nie było sensu próbować znieść tych barier, bo wcześniej czy później dojdzie do sytuacji, w której staną naprzeciwko siebie jako wrogowie.
Od zawsze wiedziała, że ulubioną fantazją Liama od jakiegoś czasu było zapięcie jej kajdanek na nadgarstkach.
Elisa gwałtownie poderwała głowę, gdy usłyszała jego słowa. Przechyliła się lekko na siedzeniu w jego stronę, uważnie go obserwując, jakby próbowała coś w nim dostrzec, ale sama nie wiedziała, czego tak naprawdę szukała. Nie miał żadnego interesu w okłamywaniu jej na ten temat, nie rozumiała jednak, dlaczego postanowił ją o tym poinformować. Coś takiego szykowało się już od dłuższego czasu, o czym Accardi doskonale wiedziała; dostrzegała te spojrzenia, słyszała szepty i przeczuwała, że zbliża się ten moment, ale nikt nie okazał się być na tyle uprzejmy, by ją o tym poinformować lub choćby podsunąć wskazówkę. Liam powiedział jej o tym bez oporów, chociaż nie była pewna, czy w ogóle został do tego upoważniony, co dawało jej do myślenia. W każdym jego geście doszukiwała się drugiego dna, bo była świadoma tego, że prowadzili ze sobą grę, której nikt nie rozumiał; której czasami nie rozumieli nawet oni sami.
Usuń- Dlaczego mi o tym powiedziałeś? - spytała w końcu cicho, nie spuszczając z niego wzroku. Kiedy zaskakiwał ją czymś takim, Elisa bezwiednie zaczynała się zastanawiać, co tak naprawdę nim kieruje, ale nigdy nie podążała za tą myślą, obawiając się wniosków, do których dojdzie.
W końcu zajechali na miejsce. Krytycznie spojrzała na Liama, splatając dłonie na klatce piersiowej i unosząc brew.
- Co to za miejsce? Nie wygląda na bezpieczny dom CIA. - A widziała mnóstwo takich domów, chociaż zachowała tę informację dla siebie. Głównie dlatego, że odwiedzała podobne domy tylko po to, by sprzątnąć niewygodnych dla niej świadków, którzy nie dali rady przed nią umknąć mimo ochrony.
masz
Elisa nie odpowiedziała. Dalsze ciągnięcie tego tematu nie miało sensu, bo mogło jedynie wprowadzić ich w zakłopotanie.
OdpowiedzUsuńRozejrzała się po posesji, zapamiętując wszystko, kalkulując swoje szanse i najlepsze drogi ucieczki. Życie zbiega miała we krwi. Nauczyła się znikać w tłumie jeszcze zanim zrozumiała, co to tak naprawdę oznacza. Nie umknęło jej uwadze to, że początkowo chciał położyć klucze na szafce, ale szybko ukrył je w kieszeni spodni.
- Jakbym nie potrafiła się do nich dostać, Lynch - powiedziała prowokująco, wywracając oczami. Nie mogła uwierzyć w to, że miała spędzić noc w domu Liama. To wydawało się być zbyt... osobiste, a przecież odkąd przejął nad nią pieczę robili wszystko, by uniknąć podobnych sytuacji i nawiązań.
- Nie mów tak, jeśli w ogóle tak nie myślisz - powiedziała w końcu chłodno, a gdy na nią spojrzał, wzruszyła ramionami - Żebym czuła się jak u siebie. Wcale tego nie chcesz.
Elisa przechyliła głowę, patrząc na niego uważnymi, kocimi oczami. Przegryzła wargę, na chwilę odwracając wzrok i przymykając powieki, jakby nad czymś się zastanawiała. W tej chwili przez jej głowę przelatywały setki myśli, mnóstwo wątpliwości i jednocześnie możliwości, scenariusze, które mogłyby się sprawdzić, ale które nie miały prawa bytu, wspomnienia, jednocześnie tak słodkie i gorzkie. Kto by się spodziewał, że skończą właśnie tutaj, w tym miejscu i w takim układzie sił? Teoretycznie łączyła ich jedynie płonąca żywym ogniem nienawiść, ale było to o wiele bardziej skomplikowane. Na tyle, że nie potrafili jasno określić, co ich łączyło, zwłaszcza gdy znaleźli się na neutralnym gruncie. Może popisała się na sali treningowej, pokazując swoją brutalność i brak jakichkolwiek zahamowań, ale prawda była taka, że w sytuacji, w której zmuszona byłaby przystawić mu lufę to skroni, nie miała stuprocentowej pewności, że bez sekundy zwłoki pociągnie za spust.
I ta świadomość ją przerażała. Tak jak to, że nie rozumiała, dlaczego podobne myśli w ogóle się pojawiały.
Ostrożnie pokonała dzielącą ich odległość, wahając się przy każdym kroku. W końcu stanęła obok niego; wystarczyło, by któreś z nich się nieznacznie poruszyło, a niewielki dystans zostałby całkowicie zniwelowany. Właściwie czuła ciepło jego ciała, jej oddech łaskotał go delikatnie w szyję i część odsłoniętego obojczyka, gdy po chwili uniosła głowę, łapiąc jego spojrzenie.
- Wiele można o mnie powiedzieć, ale na pewno nie to, że jestem rozsądna - powiedziała w końcu cicho, a kąciki jej ust uniosły się w delikatnym uśmiechu. Błyskawicznie podniosła dłoń do góry, muskając palcami jego policzek i żuchwę. Był to jednak tak szybki i delikatny gest, że przypominał muśnięcie skrzydeł motyla; trudno było powiedzieć, czy to naprawdę się wydarzyło, czy była to tylko chwilowa iluzja, a na jej twarzy pojawił się dziwny, nostalgiczny wyraz. - Wiesz, że nigdy niczego nie obiecuję.
Wiedziała, że miał jej dość. Chciał tylko wrócić do prawdziwych zadań agenta w terenie i zamknąć w swoim życiu etap oznaczony nazwiskiem Accardi. Dzisiejszej nocy jego problem miał się rozwiązać. Co prawda przez jakiś czas będzie musiał się mierzyć z wyjaśnieniami, jak doszło do tego, że niby młoda, niedoświadczona dziewczyna uciekła tak doskonałemu agentowi, ale szybko o tym zapomną i wyznaczą mu nową misję, której będzie mógł się poświęcić bez reszty i która nie będzie opierała się na niańczeniu córki mafioza. W zasadzie trudno było mu się dziwić, że odkąd dostał ją w przydziale, chodził sfrustrowany, ale Elisa nie do końca potrafiła zrozumieć jego potrzebę przebywania w terenie; chociaż starannie to ukrywał, doskonale dostrzegała jego znużenie, jakby nie sypiał wiele nocy pod rząd i w jego oczach pojawiło się coś, czego nie było, kiedy ze sobą sypiali. Jakaś sprawa z przeszłości, zapewne związana z jego pracą, musiała mu ciążyć i wyglądało na to, że nie dostrzegał tego nikt poza nią. Nigdy jednak nie pytała, bo nie miała do tego prawa i nie wiedziała, jakich słów użyć, a miała pewność, że nie uzyska odpowiedzi, która byłaby na tyle prawdziwa i pełna, by ją usatysfakcjonować.
UsuńTo nie miało żadnego znaczenia. Został wyznaczony do jej ochrony i nic ponadto. Nie powinna pytać, a on wręcz nie mógł odpowiadać. Żyli w dwóch zupełnie odmiennych światach, których pokojowe współegzystowanie było wykluczone. Nie żałowała tego, tak po prostu było. W takim świecie się wychowała i znała wszystkie jego kruche fundamenty, jednocześnie widząc konsekwencje każdej podjętej przez nią decyzji. Zainteresowanie, a wręcz coś w rodzaju troski nie miało prawa bytu, nie gdy miało to dotyczyć agenta CIA.
Mrau
Nigdy wcześniej nie była w jego domu, ale równie dobrze mógł on należeć do nikogo. Znała to z autopsji, jej wszystkie apartamenty wyglądały podobnie. Były urządzone nowocześnie przez jakiegoś dekoratora, ale wyglądały tak, jakby były na sprzedaż, a nie jakby ktoś faktycznie w nich mieszkał. Dom Liama wyglądał podobnie. Właściwie żadnych osobistych drobiazgów, żadnych ozdób, tylko potrzebne rzeczy. To nie był jego dom, to było po prostu miejsce, w którym czasami spał, jadł lub odpoczywał, ale tylko tyle. Podobnie jak ona. Jedna ze złotych zasad, które kierowały ich życiem: nie przywiązywać się.
OdpowiedzUsuń- Nie muszę ci niczego udowadniać i jeśli sądzisz, że robię to tylko z tego powodu, jesteś jeszcze większym kretynem, niż sądziłam - syknęła, czując, jak jego dłonie nieco mocniej zaciskają się na jej ramionach. Zmrużyła groźnie oczy, unosząc podbródek do góry. Tak, była uparta. Tak, zawsze musiała mieć ostatnie słowo i tak, była zdecydowanie nieprzewidywalna, czasami może również nieodpowiedzialna, ale grała w grę, w której bez ryzyka od początku zostałaby skazana na śmierć. Nie sądziła, że Lynch kiedykolwiek to zrozumie, ale nie wiedziała, że tak bardzo będzie wszystko utrudniał. Brzmiał prawie tak, jakby... Jakby faktycznie się o nią martwił i chciał zapewnić jej bezpieczeństwo. Ale nie rozumiał, jak bardzo jednocześnie się przy tym narażał. Elisa musiała zniknąć. - Naprawdę potrafię o siebie zadbać. Przestań traktować mnie jak słabą, delikatną dziewczynkę, która potrzebuje twojej opieki. Nie jestem nią i nigdy nie będę, więc jeśli nie potrafisz się z tym pogodzić, po prostu się zamknij.
W swoim życiu spełniała już zbyt wiele cudzych oczekiwań, by teraz spełniać również jego.
- Naprawdę akurat teraz postanowiłeś udawać, że cokolwiek związanego z moją osobą cię obchodzi?! - krzyknęła, wyrzucając ręce w powietrze, gdy odwrócił się do niej plecami i wyszedł. O nie, na pewno nie będzie miał ostatniego słowa i na pewno nie zostawi jej samej na korytarzu tępo wpatrzonej w jakiś punkt, bo jej umysł nie do końca potrafił przetworzyć to, co przed chwilą się między nimi wydarzyło. Nie, żeby Elisa kiedykolwiek rozumiała, jaka naprawdę łączyła ich relacja, ale z każdą chwilą wydawała się ona być jeszcze bardziej zagmatwana i trudna. Jezu, naprawdę, to była ostatnia rzecz, której oboje potrzebowali; on był agentem stuprocentowo oddanym swojej pracy, niemającym czasu na nic innego, cholernym idealistą, który chciał zmieniać świat, a ona? Wszystkie cnotliwe ideały zbywała szyderczym śmiechem, w przyszłości miała przejąć interesy największej mafii na Wschodnim Wybrzeżu i nigdy nie ukrywała, że dla niej nie liczy się nic, co nie było z nią bezpośrednio połączone. W podejściu do życia różnili się diametralnie i chociaż było to widoczne czarne na białym, to jednak wciąż sytuacja między nimi nie była tak klarowna, jak wszyscy by tego chcieli, włączając w to również ich samych. Wiedziała, za kogo ją miał. Widziała ten błysk, gdy przez krótką chwilę wpatrywał się w nią z bliska, próbując odnaleźć w niej dziewczynę, z którą się spotykał, ale sama Elisa nie wiedziała, czy ona jeszcze gdzieś tam istnieje. To wcale nie było tak dawno temu, jednak każdy kolejny dzień spędzony w tym wyjątkowym towarzystwie, jakim byli najniebezpieczniejsi przestępcy na świecie, nieodwracalnie odciskało na niej swoje piętno. W takich warunkach musiała być twarda, musiała zrezygnować z wszystkiego, co czyniło z niej czasami współczującą, łagodną, subtelną istotę, która doskonale wiedziała, czego chce, a mimo to nie dążyła do celu po trupach.
Takie środowisko nie tolerowało rozsądku, nie tolerowało kogoś, kto czasami się wycofywał, zgadzał na inny wariant lub przyznawał do tego, że tym razem będzie potrzebować pomocy. Co prawda nikomu nie podobało się, gdy zostawał złapany i wtrącony do więzienia o zaostrzonym rygorze, dlatego czasami przystawali na jej logiczne wytłumaczenie, ale musiała się pozbyć wszystkich cech, które sprawiły, że jeszcze kiedyś między nią a Liamem coś było. Miała wrażenie, że ojciec i jej otoczenie uczyniły z niej doskonale wytresowane zwierzę w cyrku. Stała się taka, jak oni.
UsuńA przynajmniej myślała, że etap przemiany ma już za sobą. Jednak gdyby tak było, czy odczuwałaby teraz nieprzyjemne szarpnięcie w żołądku, wiedząc, jak złe mniemanie o niej ma Lynch? Czy poczułaby, jak jakaś gula formuje się jej w gardle, sprawiając, że z trudem wydobywała z siebie słowa? Była wściekła na niego za to, że sprawiał, iż zaczynała wszystko na nowo kwestionować.
- Mam dość tego, co próbujesz ze mną zrobić - wyrzuciła z siebie, chociaż nie chciała, by te słowa opuściły jej usta. Przegryzła wargę, zatrzymując się wpół kroku, ale była już w salonie i nie mogła po prostu wyjść, udając, że nic z tego nie ma znaczenia, jednak nie była gotowa też na konfrontację, do której niezmiennie zmierzali od pierwszego dnia, gdy przejął nad nią pieczę. Było tyle słów, które chciała teraz z siebie wyrzucić, tyle myśli, którymi chciała się z nim podzielić, ale nie mogła. Boże. Nigdy tego nie chciała, a przez przypadek znalazła się w samym środku tego wszystkiego. W końcu pokręciła lekko głową, zmuszając się do wycofania.
- Nie martw się, twój samochód zostanie na swoim miejscu - stwierdziła w końcu ironicznie. Żałowała, że nie miała w pobliżu żadnych drzwi, którymi mogłaby trzasnąć. Jeszcze kilka minut temu była zdecydowana wykonać swój plan, ale teraz zaczynały pojawiać się wątpliwości, a im dłużej na niego patrzyła, tym bardziej zaczynała się wahać.
- Inni to znaczy ty?! Mam być na każde twoje skinienie głową, bo wielki agent Lynch nie przywykł do tego, że ktoś może mieć odmienne zdanie i nie ma zamiaru się poddać bez walki, bo wielki agent tak chce?! - warknęła Elisa, mrużąc oczy, które zaczęły błyszczeć, jakby zostały wykonane z kawałków lodu. No cóż, nazywanie jej kretynką może nie było najmądrzejszym posunięciem.
OdpowiedzUsuń- Nie jestem taka jak ty. Nie potrafię odciąć się od swojej przyszłości, zamykać każdego przedziału i nigdy do niego nie wracać! Może dla ciebie przeszłość nie ma żadnego znaczenia, ale to nie znaczy, że dla mnie również - warknęła. Lynch przez cały czas powtarzał, że powinna się przystosować, bo nie należała już do tamtego świata, ale to była gówno prawda. Nie znała innego życia. Nie była na tyle dużą ignorantką, by nie zorientować się, na jakich zasadach działa ten inny świat, ale ona nie miała nawet szansy stania się jego częścią. Zawsze będzie musiała odwracać się, by sprawdzić, czy nikt nie chce jej skrzywdzić; będzie nosiła przy sobie broń; nie będzie spała spokojnie w nocy. Niektóre przyzwyczajenia już nigdy nie znikną. Przez cały czas jakaś jej część będzie należała do podziemnego światka.
- Mafii nie da się tak po prostu zostawić za sobą. Oddałam jej dwadzieścia siedem lat. Płynie w mojej krwi. Lojalność względem rodziny jest ważniejsza niż lojalność względem wyznawanych własnych wartości, ważniejsza niż wszystko - odpowiedziała cicho - Widzę, jaki jest mój ojciec. Nigdy nie twierdziłam, że jest dobrym człowiekiem i dopuszczał się takich rzeczy, których nie jestem w stanie mu wybaczyć. Nie jestem jego marionetką. Ale to nie znaczy, że potrafię po prostu zapomnieć o tym, co mi ofiarował i pójść do przodu. Zdradzam własną krew.
Podczas gdy Liam podnosił głos coraz bardziej, ona stawała się coraz cichsza i coraz bardziej smutna, przez co zaczynała sprawiać wrażenie jeszcze drobniejszej. Jej pewność siebie oraz ego dodawały jej centymetrów, ale teraz Lynch zaczął poruszać niebezpiecznymi strunami. Objęła się ramionami w pasie. Wiedziała, że nie zrozumie, więc nawet nie próbowała mu wytłumaczyć. Liam wściekał się, bo według niego Elisa zgrywała zbyt samodzielną jednostkę, jakby była w stanie poradzić sobie z wszystkimi problemami tego świata. Wkurzał się, bo nie chciała przyznać się do tego, że czegokolwiek potrzebuje, ale przecież się nie spotykali. Nie byli przyjaciółmi, nie byli nawet znajomymi, więc niby dlaczego miałaby się mu zwierzać? Był taki czas, gdy rozmawiali. Gdy Elisa znała go wystarczająco dobrze, by wiedzieć, kiedy na niego naciskać, a kiedy odpuścić, kiedy się z nim zgodzić, a kiedy zażarcie walczyć o swoje. Ale te czasy minęły i teraz nie łączyło ich nic, co uprawniałoby ją do tego, by zdradzać się przed nim ze swoich myśli. By powiedzieć mu, dlaczego tak naprawdę ma zamiar zniknąć.
Prowadziła niebezpieczną grę na dwa fronty i nie miała zamiaru go w to wmieszać. Miała na sumieniu już wystarczająco wiele, a tego przewinienia akurat nie chciała wpisywać na swoje konto.
- Może moje życie jest smutne i żałosne. Ale przynajmniej jest moje - wyszeptała, wykrzywiając usta w smutnym uśmiechu - Twoje życie tak naprawdę nie należy do ciebie.
UsuńMógł próbować wmówić jej, że jest inaczej, ale przecież na własne oczy widziała, jaka była rzeczywistość. Brak miejsca, do którego czułby, że przynależy. Brak naprawdę bliskich osób czy hobby niezwiązanych z pracą. Wszystko kręciło się wokół CIA i bezpieczeństwa kraju. W tej chwili pewnie wydawało mu się, że jest szczęśliwy, mogąc spełniać swój obowiązek wobec ojczyzny, ale pewnego dnia przejrzy na oczy i dostrzeże, że poświęcił całe swoje życie szczytnej sprawie, a w zamian nic nie otrzymał. Cały swój czas i energię oddał agencji. Może powinna podziwiać ten rodzaj poświecenia, ale jak miała to zrobić, widząc wszystko z odpowiedniej perspektywy i dostrzegając, że zaczynał w tym wszystkim zatracać siebie, a jego życie naprawdę nie należało do niego?
Odwróciła wzrok.
- Przestań używać tego zdrobnienia - powiedziała jedynie. Już dawno temu powinien przestać się tak do niej zwracać. Takie zdrobnienie wskazywało na zażyłość, bliższą relację. Coś takiego między nimi nie miało prawa bytu. Nie, kiedy znajdowali się po przeciwnych stronach barykady i nie potrafili nawet spróbować się ze sobą porozumieć.
Najbardziej jednak uwierały ją jego dalsze słowa. Brzmiał, jakby był stuprocentowo pewny, że kiedyś jej życie było zupełnie inne, że było zbliżone do czegoś, co mogło stać się dobre. Jakby był pewny, że ją znał, że to było coś więcej niż zwykle udawanie w celu wydobycia informacji. Nawet bardziej od obrazów i słów z tamtego okresu pamiętała emocje, ale zostały one zniekształcone przez kolejne wydarzenia i teraz sama nie była pewna, co było prawdą, a co iluzją, którą sobie wytworzyła na własny użytek. Czy naprawdę wtedy tylko udawała, czy to było coś więcej? Czy naprawdę były momenty, w których szczerze się śmiała, a może jednak te ulotne momenty szczęścia były dziwną fantazją?
Ale to już nie miało znaczenia.
- Nawet nie mam zamiaru próbować cię przekonywać - stwierdziła w końcu, wzruszając ramionami - Nieważne, co powiem i tak będziesz mną gardził. Zawsze będziesz we mnie widział tylko żałosną dziewczynę, która jest zależna od ojca i nie potrafi podejmować własnych decyzji. Zabaweczkę, którą z rąk do rąk przekazuje sobie mafia i CIA. Przez cały czas powtarzasz, że myślałeś, że jestem inna, ale... czego ty tak naprawdę ode mnie chcesz, Liam? Traktujesz mnie jak powietrze, później jakbyś nienawidził mnie najbardziej na świecie, a teraz z jednej strony chcesz mnie jednak chronić, a z drugiej próbujesz mną potrząsnąć.
Dopiero po chwili Elisa zorientowała się, że nie powinna zadawać pytania, na którego odpowiedź nie jest gotowa. Więc zrobiła prawdopodobnie najgorszą rzecz, jaką mogła w tej chwili zrobić:
- Zresztą, nieważne.
Ujęła jego dłoń i zsunęła ją z karku, odsłaniając go. Każdy agent skrywał swoje blizny, nawet te niewidoczne. Zastanawiała się, jakby to było, gdyby wtedy tego wszystkiego nie zakończyła, gdyby ciągnęło się to do momentu, w którym musiałby wyruszyć do pracy pod przykrywką. Przyzwyczaiła się do tego, że to ona jako pierwsza znikała i nie wracała. Trudno było się dziwić, że w domu nie dostrzegła niczego osobistego, skoro jego zadania trwały nawet rok; rok wyjęty z życia, rok udawania kogoś, kim się nie jest, rok, w którym można by tak łatwo się zagubić.
OdpowiedzUsuńZawsze, kiedy się denerwowała, wpadała we wściekłość lub była wzruszona, automatycznie przestawiała się na włoski, który wyrażał uczucia dużo lepiej niż jakikolwiek inny język.
- Tanto dolore e tanta dedizione* - wyszeptała, uważnie patrząc mu w oczy i ostrożnie dotykając palcami miejsce, na którym może gołym okiem nie było widać śladów przeszłości, ale bezpowrotnie wypaliły one swoje znamię na jego skórze. Niepewnie pochyliła się i wargami musnęła jego kark po prawej stronie, jakby miało to pomóc w ukojeniu wszystkich uczuć, o których nie potrafił zapomnieć z czasów, gdy działał pod przykrywką. Zarzuciła mu ręce na ramiona, przylegając do niego ciałem i wtulając nos w zagłębienie miedzy jego szyją a obojczykiem, zupełnie ignorując fakt, że nie powinna tego robić, bo mógł to być zaledwie początek czegoś, co pociągnie za sobą kolejne konsekwencje. Nie potrafiłaby wytłumaczyć, dlaczego to zrobiła; Liam zdecydowanie nie należał do osób, które potrzebowały pocieszenia, a ona się nad nim nie litowała, bo wiedziała, że te demony nic dla niego nie znaczyły. Już zawsze będzie wracał do tego pamięcią, będzie to nawiedzało go w środku nocy, ale te wspomnienia na pewno nie będą go prześladowały, bo uporał się z nimi. Elisa również nie potrzebowała oparcia, bo jakkolwiek krucha i niepewna się wydawała, to był to tylko moment, ułamek sekundy, który niczego nie zmieniał. Do jasnej cholery, była Elisą Accardi i zdecydowanie nie pragnęła troski czy wsparcia innych osób, bo całe życie kroczyła niczym kot, samotnie i swoimi własnymi ścieżkami. Może po prostu brakowało jej ciepła innego ciała? Nie miała kontaktu właściwie z nikim spoza agencji, a pilnujący jej mężczyźni nie byli raczej gadatliwymi typami, poza tym nie wiedziała, o czym mogłaby z nimi dyskutować, bo temat pogody w końcu też musi się skończyć. Zresztą żaden z nich nie podchodził do niej jak do człowieka, raczej jak do dzikiego zwierzęcia, którego nikt nie potrafił oswoić. A w samym środku tego wszystkiego Lynch był inny. Nie dawał się sprowokować, ale odpowiadał na jej zaczepki. Traktował ją jak wyjątkowo kłopotliwą kulę u nogi, ale choć zmuszał ją do rozwiązywania krzyżówek, robili to razem. A teraz wyglądał tak, jakby mu zależało, żeby przejrzała na oczy i po dwudziestu siedmiu latach zajęła się w końcu swoim własnym życiem, nie życiem swojej rodziny. W dodatku jego ramiona były silne i znajome, obecnie Liam stanowił jej jedyny punkt zaczepienia w tym nowym życiu. Trudno też było ignorować napięcie, które się między nimi wytworzyło; to samo, które sprawiało, że gdy jakaś siła przyciągała ich do siebie i znaleźli się wystarczająco blisko, wybuchały między nimi iskry tylko po to, by zaraz wzajemnie się od siebie odepchnęli.
Elisa nie żałowała wielu rzeczy w swoim życiu. Po prostu szła do przodu i nie oglądała się za siebie, chociaż teraz okazało się to być wyjątkowo trudne.
- Tylko ty uważasz, że ta decyzja była słuszna - powiedziała w końcu - Moja nieobecność zaczyna skutkować coraz gorszymi rzeczami. Wiem, że o nich słyszałeś. A moja przyszłość na razie zamyka się w czterech ścianach, uzbrojonych strażnikach i upierdliwych agentach, którzy nic mi nie mówią, chociaż mają zamiar wysłać mnie do Waszyngtonu. Chociaż w sumie są jakieś korzyści - przyznała po chwili z rozbawieniem - Alla fine si può dimenticare di me.**
Ponieważ jestem kochana to ci przetłumaczę:
* Tyle bólu i tyle poświęcenia
**W końcu będziesz mógł się mnie pozbyć
- Mogłabym to zrobić - przyznała bez cienia zawahania w głosie. Elisa miała nie tylko środki, ale także odpowiednie kontakty, by zatrudnić najlepszego fałszerza dokumentów na świecie, nie wspominając nawet o rozpłynięciu się w powietrzu i niepozostawieniu za sobą żadnych śladów, którymi mogłoby podążyć CIA czy jej własna rodzina. Wzruszyła ramionami, mocniej wtulając się w niego, korzystając z tego, że zamiast się odsunąć, Liam ją objął. - Ale miałabym przez całe życie prowadzić życie zbiega? Nie chcę tak uciekać od odpowiedzialności.
OdpowiedzUsuńNie chciała jednak oszukiwać Liama. To było tylko chwilowe rozwiązanie. Zresztą Elisa nigdy nigdzie nie zostawała na dłużej.
- Kiedy załatwię wszystkie swoje sprawy, zniknę i nikt mnie nie znajdzie.
Jej serce na chwilę zgubiło rytm, gdy ujął jej podbródek, mówiąc, że nie chce, aby wyjeżdżała. Kiedy jednak pochylił się, by zetknąć ich usta w pocałunku, myślała, że ono eksploduje. W pierwszej chwili nie odważyła się poruszyć, niepewna tego wszystkiego, ale już po chwili się rozluźniła, zaciskając dłonie na jego koszulce i przyciągając go bliżej.
Przez cały ten czas Elisa była pewna, że zostawiła epizod, w którym pojawił się Liam, za sobą. Ten natłok uczuć, który pojawił się zaraz po tym, jak odeszła, tłumaczyła wzburzeniem spowodowanym udawaniem zainteresowania, mozolnie zapominała o czasie wypełnionym szczęściem, powtarzając, że było ono fałszywe, stanowiąc jedynie iluzję, którą wytwarzała przed oczami Lyncha, by ten nie domyślił się prawdziwego powodu stojącego za ich spotkaniami. Dziury we własnym sercu zapychała najczęściej nieistotnymi drobiazgami. Była zbyt dumna, zbyt uparta, by przyznać, że to znaczyło coś więcej, a przecież wszystkie znaki na niebie i ziemi na to wskazywały: wiedziała, jaki film przypadnie mu do gustu jeszcze zanim zaczął go oglądać, nie było miejsca, w którym czułaby się bezpieczniej, niż w jego ramionach, jego gust muzyczny był do dupy, ale i tak pozwalała mu słuchać tego gówna nawet bez poważniejszego marudzenia, a chociaż nie był typem faceta, który się ze wszystkiego zwierza, wiedziała, jak go przekonać, by opuścił gardę. Reszta była tylko szczegółami, które się nie liczyły, a które mogliby szybko nadrobić, gdyby nie fakt, że cały wszechświat sprzysiągł się przeciwko podobnemu związkowi. Zaczynając od tego, że na słowo związek Elisa reagowała alergicznie, kończąc na tym, że niezależnie od wszystkiego ona była tą złą, a on tym dobrym, czernią i bielą. Swoją bliskością łamali w tej chwili prawdopodobnie setkę przepisów, tych pisanych i niepisanych, ale miała to głęboko w poważaniu; ważniejsza była świadomość, że on chyba nigdy w pełni jej nie zaufa, ona jemu również. Nic z tego nie miało jednak znaczenia, gdy mogła napawać się na nowo jego pocałunkami.
Do tej pory, żyjąc w cieniu i chowając się przed prawdą, nie zdawała sobie sprawy, jak bardzo tęskniła za smakiem jego warg, które bez wahania napierały na jej własne. Wpijał się w nie zachłannie, a Elisa łączyła się z nim w tańcu przepełnionym pożądaniem, przy tym nieznacznie cierpiąc, wiedząc, że spełnienie nie będzie trwało wiecznie, składając się z sekwencji uniesień i następującej po nich rozpaczy. Spychała jednak w głąb siebie przykre przeświadczenie o nieuchronności poniektórych zjawisk, albowiem nie chciała, by całkowicie nią zawładnęło i odebrało przyjemność wiążącą się z długo wyczekiwanym aktem bliskości. Pocałunki, którymi ją obdarowywał i na które tak zachłannie odpowiadała, sprawiły, że zaczęło jej się kręcić w głowie, ale nie odsunęła się ani nie zaprotestowała, mrucząc jedynie z zadowoleniem, gdy przycisnął ją do swojego twardego ciała.
Elisa oderwała się od niego dopiero w momencie, w którym zaczynało brakować jej tchu, chociaż powinna była to zrobić dużo wcześniej. Patrzyła na niego przez chwilę w milczeniu, próbując uspokoić bijące w szalonym rytmie serce, podczas gdy jej oczy błyszczały nowym blaskiem, a usta mrowiły od pocałunków. W pewnym momencie zaśmiała się; nie pamiętała, kiedy ostatnio to robiła, ale zdarzało się to zdecydowanie za rzadko. Jej śmiech wypełniał nurtującą ciszę, w powietrzu wydawały się brzęczeć dzwoneczki, sprawiając, że nie chciało się słuchać śmiechu kogokolwiek innego. Elisa ponownie musnęła jego wargi w krótkim, delikatnym pocałunku, jakby chcąc go zapewnić, że ten pierwszy nie był przypadkiem, że ona również go pragnęła, ale nie przedłużyła go, wiedząc, że jeśli to zrobi, ostatecznie zaciągnie go do sypialni, gdzie pozbędą się swoich ubrań w rekordowym tempie. A chociaż Liamowi wydawało się, że nie żałował tego, co zrobił, to jutro rano może obudzić się z zupełnie innymi myślami, a ona nie chciała dostarczać mu kolejnych powodów do rozterek. Zamiast tego oparła łokieć na jego barku i palcami przeczesywała jego włosy, mierzwiąc je, podczas gdy jej wzrok uważnie przesuwał się po jego twarzy. Kiedy ostatnio czuła się taka lekka, beztroska, wręcz radosna? Kiedy jej ciało wypełniało podobne ciepło i błogość?
Usuń- Jeśli jeszcze raz wymówisz przy mnie słowo krzyżówka, złamię ci szczękę - powiedziała z rozbawieniem - A jeśli spróbujesz przerzucić się na sudoku, wykreślanki czy inne gówno naprawdę nie chcesz wiedzieć, co się z tobą stanie.
Elisa gwałtownie zassała powietrze, czując chłodną, nieco szorstką dłoń Liama na jej rozpalonej skórze, gdy powoli przesuwał ją w górę jej talii. Miewała kochanków, ale tylko dotyk Lyncha wzbudzał w niej jednocześnie tyle emocji, sprawiając, że drżała od ich nadmiaru, z trudem panując nad swoimi reakcjami. Zbyt łatwo byłoby mu się poddać w tej chwili, zatracić w złudnej chwili rozkoszy, ale chociaż próbowała walczyć z własnymi pragnieniami, czuła, jak jej opór stopniowo topnieje. To jej zarzucał bezmyślność, ale podczas gdy ona biła się z myślami, starając się znaleźć sposób na odepchnięcie go, on wydawał się w ogóle nie rozważać tej opcji, wyraźnie dążąc do tego, by żałowała tej nocy.
OdpowiedzUsuń- Zwierzchnicy nie muszą wiedzieć o wszystkim - zauważyła z krzywym uśmiechem Elisa, opierając się dłońmi o jego klatkę piersiową - Tyle mnie męczyłeś tymi cholernymi krzyżówkami, że chyba zasłużyliśmy na odrobinę tej lepszej rozrywki.
Doskonale wiedziała, że igrała z ogniem. To, do czego właśnie oboje dążyli, nie miało prawa się wydarzyć, niezależnie od kierujących nimi pobudek. Chyba po raz pierwszy to ona próbowała zachować rozsądek, zamiast po prostu rzucić się w wir wydarzeń i mu się porwać, a on działał impulsywnie, pozwalając sobie na maksymalne czerpanie z chwili.
- Nie powinniśmy... - zaczęła, ale niemal natychmiast przerwała, przegryzając dolną wargę, gdy poczuła ciepły oddech Liama drażniący jej odsłoniętą szyję. Jego bliskość doprowadzała ją do szału, sprawiała, że całkowicie gubiła równowagę, nie pozwalała jej się na niczym skupić, a zdradziecka podświadomość podsuwała jej przed oczy wspomnienia wspaniałych, wspólnie spędzonych nocy. Elisa miała wielu kochanków, ale żaden z nich nie dorównywał Lynchowi, który zbyt wysoko zawiesił poprzeczkę swoim rywalom, nawet nie zdając sobie z tego sprawy. Boże, pragnęła go tak bardzo, że to aż bolało i chyba najgorsze w tym wszystkim było to, że nie chodziło jej jedynie o fizyczne pożądanie. Gdyby to miał być tylko seks, nie opierałaby mu się tak długo, ale w tym wszystkim chodziło o coś więcej. Między nimi zawsze chodziło o coś więcej, nieważne, jak bardzo wzbraniali się przed taką świadomością.
- Jesteś pewny, że mój cięty język to jedyna rzecz, za którą tęskniłeś? - wymruczała, lekko przegryzając płatek jego ucha. W końcu odważyła się unieść spojrzenie na jego oczy i ogrom bolesnej tęsknoty, jaki w nich dostrzegła, sprawił, że zaschło jej w gardle. Nie potrzebował słów, by wyrazić, jak bardzo jej pragnął, ale Elisa dostrzegła w nich również cień, z którego istnienia doskonale zdawała sobie sprawę, mimo że oboje udawali, jakby miało się to potoczyć inaczej, niż przewidzieli; wiedzieli, że jakkolwiek to brzmiało, to prawdopodobnie była ich pożegnalna noc. Drugi raz nie dostaną takiej szansy. Ona zostanie przeniesiona do Waszyngtonu, setki kilometrów stąd, a później zniknie wśród siedmiu miliardów ludzi. On dostanie nowe zadanie, pewnie jak najdalej od stolicy. A nawet jeżeli od tego zdarzenia dzieliło ich jeszcze kilka dodatkowych, dających nadzieję tygodni nikt nie pozwoli, aby znowu zostali sam na sam. Nikt nie pozwoli, by znaleźli się wystarczająco blisko siebie, aby chociaż mogła musnąć jego rękę opuszkami palców. To był ten jeden moment, ta jedna chwila. Tylko tyle udało im się skraść, a chociaż to nigdy nie okaże się być wystarczające, mogło zapewnić jej wspomnienia, od których każdego dnia będzie umierała po trochu.
Bardziej jednak by żałowała, gdyby w tej chwili zabarykadowała się w pokoju gościnnym i udawała, że ten pocałunek nic dla niej nie znaczył.
Wzięła drżący oddech.
- Pieprzyć to - powiedziała w końcu, kładąc dłoń na jego karku i przyciągając, łącząc ich usta w kolejnym gwałtownym pocałunku. Był jednocześnie łapczywy i desperacki, objęła go mocniej, podskakując i oplatając go szczelnie nogami w pasie.